Miesiąc: Styczeń 2018

Gdzie zjeść śniadanie białkowo-tłuszczowe w Krakowie? #FitFoodLover na mieście – część II

Oto druga odsłona cyklu wpisów „Śniadanie B-T – #FitFoodLover na mieście”. Cieszę się, że wpis cieszy się sporym zainteresowaniem wśród fanów posiłków tego typu i nie tylko 😉 . Jak wspominałam w poprzednim wpisie chciałam pokazać moim czytelnikom, że w kawiarniach/restauracjach też można w miarę zdrowo zjeść. Natomiast restauracjom uświadomić, że ludzie mają większą świadomość tego, co jedzą. Szczególnie osoby, które zwracają na to uwagę na co dzień. Odwiedziłam kilka miejsc w Krakowie i wybrałam 4 kolejne, które mają szansę zagościć na mojej FitMapie. Trzy z nich wypatrzyłam sama, a czwarte miejsce wskazały osoby, które wzięły udział w mojej ankiecie na fanpage’u – w ramach podziękowania za taką aktywność spróbowałam tam aż dwa śniadania, które opisuję poniżej. Wpis jest bogatszy o opisy wnętrza, ponieważ ważne jest miejsce, w którym mamy spożywać najważniejszy posiłek dnia 🙂 .

Moje przygotowania do tego wpisu rozpoczęły się już w listopadzie 2017 roku. Wybór padł na Forum Przestrzenie nad samą Wisłą z widokiem na Wawel i krakowski Kazimierz. Miejsce z historią, której nie omieszkam ominąć z tego względu, że miejsce w którym jemy posiłek zawsze ma swój specyficzny klimat. Klubokawiarnia mieści się w Hotelu Forum, który w latach 80-tych jako czterogwiazdkowy hotel, był jednym z najnowocześniejszych budynków. Zapewne też dumą Krakowa na tamte czasy, potem straszącym reliktem przeszłości na podmokłych terenach, aż w końcu stał się jedną z najmodniejszych miejscówek na mieście i kolebką hipsterów. Latem można tu wyłożyć się na piasku w wygodnym leżaku i wyobrazić sobie, że Wisła to Bałtyk 😉 . Forum Przestrzenie nadało mu drugie życie. Nawiązuje do historii choćby komunistyczny szyldem z napisem „recepcja” nad barem z podświetlonymi neonami. Jak sama nazwa knajpy wskazuje wskazuje – wnętrze sprawia wrażenie sporej przestrzeni. Przeszklone okna na całej długości lokalu, brak ścian, spory bar, kanapy, hokery i długi drewniany stół na środku wyglądają zachęcająco. Fajnie jest zjeść śniadanie w miejscu ze swoją historią. Przy barze można złożyć zamówienie. Śniadań jest kilka, zazwyczaj 5-6 propozycji. Cena zaczyna się od 10 zł (owsianka z pieczonymi śliwkami) – około 20 zł. Ciekawą propozycją w menu jesienno-zimowym jest Maślana Brioszka z jajecznicą, szynką, boczkiem i kwaśną śmietaną – BT; Hummus z potrawką na ciepło – V/BT; San Francisco – BT  jajo, frankfurterki, boczek, indyk a na drugie jabłko na drogę – jak piszą 😉 . Mój wybór padł na klasyka – jajecznicę na boczku. Z tego co pamiętam, dodatek można było sobie wybrać. Jednak karta zmienia się co jakiś czas i nie kojarzę innych dodatków. Śniadanie można zamówić od 10:00 do 13:00. W opcji dla Fit Freaków proponuję ominąć pieczywo/pankejksy. Jednak ci, którzy nie pogardzą chlebem mogą wybrać również opcję bezglutenowego i ciemnego – za co duży PLUS.

Kolejnym moim odkryciem na Fit Mapie Krakowa jest Wesoła Cafe przy ul. Rakowickiej 17. Miejsce z fajną atmosferą, miłym gwarem, przyjazną obsługą (która podaje do stolika zamówienie pomimo tego, że należy się obsłużyć samemu przy zamówieniu). Miejsce jest przytulne i zaraża energią innych ludzi. Na wejściu od razu wita nas obsługa zza baru, a po prawej stronie nie da się przeoczyć neonowego napisu „Lepiej pić kawę niż nie” – hasło już sztandarowego tego miejsca. Rozsiadłam się na kanapie i zamówiłam śniadanie, które spokojnie mogę nazwać „na bogato”. Serwowane jest w tygodniu od 7:00 do 12:00, a w weekend – CAŁY DZIEŃ 😀 !!! Opcje na słono, słodko, dla wegan i „nie-wegan”oraz bezglutenowców. Po moim wpisie również dla Fit Freaków 😉 . Ponadto można znaleźć tutaj dania „sugar free”, z czym się do tej pory nigdzie nie spotkałam. Domowa granola z owocami i jogurtem jest jedną z takich propozycji. Zapewne nie jest dosładzana jak wersje sklepowe! Można w karcie znaleźć także oznaczenie dla dań, które są specjalnością „s”, co upraszcza sprawę i nie trzeba „gnębić” obsługi 😉 . Wybór śniadań jest jednym z bardziej rozbudowanych jakie widziałam – od jajecznicy, omletów z domową konfiturą (jest również wersja na słono), jajach na boczku z frankfurterkami, po pudding kokosowy chia z mango (wersja wegańska i bez dodatku cukru). W menu można doszukać się informacji, że wszystkie jaja pochodzą od uśmiechniętych kur 🙂 . Ja swoim śniadaniem naprawdę sobie pojadłam. Co do pieczywa – było ono tak bogate w ziarna, że spokojnie każdy Fit Freak mógłby je wsunąć 😉 – uwaga – pierwsza kromka już wystarczająco „zapycha”. Ceny od 10-35 zł. Kawa/herbata nie jest wliczona do każdego zestawu.

Trzecią propozycją miejsca na śniadanie BT miało być Tomasza 20 na krakowskim rynku. Jednak usłyszałam od kelnerki słowa zimne jak prysznic po saunie: „Śniadania podajemy do 12:00”. Po takich słowach przechodzi ochota na cokolwiek. W jedyny mój dzień wolny tj. w niedzielę staram się nie spieszyć i często mój pierwszy posiłek jem pomiędzy 12:00 a 14:00. Zrezygnowana podążyłam przed siebie. W ten sposób całkiem przypadkiem trafiłam do nowego miejsca, którym się zachwyciłam 😀 . Jak widać #MatkaBoskaŚniadaniowa czuwa 😉 . Lokal zachęcił mnie samą nazwą Fitagain Cafe na intensywnie niebieskim tle oraz z napisem na szybie, które do mnie krzyczało – ALL DAY BREAKFAST 😀 . Po wejściu przenosimy się w bardzo ciepłe, jasne wnętrze z kolorowymi obrazami na ceglastych ścianach, które stanowią świetny kontrast do niebiesko-błękitnych firmowych kubków i filiżanek.  W środku jest gwarno, radośnie, a kelnerzy starają się obsłużyć wszystkich szybszym krokiem balansując pomiędzy stolikami. Po lewej stronie można zająć miejsce przy witrynie i obserwować przechodniów lub wybrać stolik na sali – duży rodzinny lub jeden z mniejszych przy ścianie. Na początku lub w głębi lokalu, zaraz obok witryny z winami, gdzie klimat jest bardziej intymny. Centrum dowodzenia – bar – jest mniej więcej na środku lokalu, stoją przy nim skrzynie pełne owoców. Koszt śniadania to 14,90 – 21,90 zł. Kawa/herbata nie jest wliczana w zestaw. Power śniadanie w wersji dla Fit Freaków to konkretna propozycja z jajkiem sadzonym od szczęśliwej kury, szynką parmeńską, 2 kiełbaskami, sałatką warzywną (do zestawu jeszcze wchodzą 2 pancakesy z syropem klonowym i tostem – wersja po treningowa 😉 ). Ponadto z ciekawych propozycji BT, opcja śródziemnomorska rzuciła mi się w oczy – pasta z tuńczyka i oliwek oraz jajka sadzonego, krewetki koktajlowe, oliwa oraz sałatka warzywna (jeżeli bagietkę korzenną odstawimy na bok lub poczęstujemy sąsiada obok 😉 ). Żałuję , że nie zaopatrzyłam się w niebieski kubek, w którym parzyłam pyszną korzenną Chai Latte 🙂 .

Na początku wpisu wspomniałam o miejscu wybranym w ankiecie przez moich obserwatorów. Padło na Plac Nowy 1, czyli miejsce na każdą okazję na krakowskim Kazimierzu. Cieszę się, że zostałam wysłana własnie tam, ponieważ lokal nie jest mi obcy. Wnętrze jest bardzo oryginalne i przestrzenne. Sufit sięga do drugiego piętra, z którego wiszą lampki oświetlające industrialne wnętrze. Surowe cegły i grafitowe ciężkie donice ożywia zieleń i ciepłe drewno oraz miękkie oświetlenie. Obsługa reaguje tutaj błyskawicznie i zawsze służy pomocą. Miałam okazję zjeść śniadanie z osobą towarzyszącą, więc zamówiłyśmy dwa różne śniadania dla porównania 🙂 . Ceny śniadań zaczynają się od 16 zł, a kończą przy 26 zł – w ich cenie jest kawa lub herbata. Godziny, w których są serwowane to 9:00 – 12:00. Wybór padł na dwie najciekawsze propozycje. Zazwyczaj omlet jadam na słodko, ale tym razem padło na wersję wytrawną z kozim serem i szpinakiem (wersja BT bez pieczywa, które jest i tak zbędne do omleta) oraz kokosowy pudding chia z mango (jako dobra propozycja dla wegetarian i nie tylko). Nasze wybory były bardzo celne i każda zjadła swoją porcję ze smakiem.

Jeżeli wpis był przydatny lub chcesz się podzielić swoją ulubioną miejscówką na takie śniadanie – koniecznie daj mi o tym znać 🙂 .

Podsumowanie końcówki roku 2017 – część I

Gęsina, lody z oliwą, moje zajęcia z Kick Boxingu, przygotowania do Świąt, powracający temat zawodów oraz efekty moich podopiecznych – czyli Podsumowanie końcówki roku 2017 – część I.

Listopad zleciał mi tak szybko, że chwilę mi zajęło, aby zastanowić się nad tym, co się wydarzyło. 1 listopada wróciłam ze swojego mini urlopu z Anglii i przez cały tydzień żyłam jeszcze tym wyjazdem. Wróciłam pełna energii i z chęcią do pracy, której było naprawdę sporo. Co mnie bardzo cieszy, ponieważ to znaczy, że pod swoją opieką mam bardzo pracowite osoby.

Urlop uświadomił mi, że czas spędzony z rodziną i znajomymi jest bezcenny. Postanowiłam więc nadrobić moje zaległości towarzyskie i wyskoczyć z moją serdeczną znajomą (kiedyś podopieczną) na wspólną kolację do Dyni, lody z oliwą (propozycja Marii okazała się strzałem w 10!) i wspólnego drinka (dosłownie!!! – ogromny kielich z dwoma słomkami), odkrywając tym samym uroki pięknego wnętrza Le Scandale na Rynku.

Ponadto na początku listopada klarowały się u mnie sprawy Sylwestrowe. Moja siostra przyleciała ze swoją rodziną do Krakowa. Z tego względu chcieliśmy mieć już wszystko ustalone przed czasem, a nie jak zwykle u mnie bywało – na ostatnią chwilę lub opcja „spontan”. Szczególnie, że bilety do Starej Zajezdni (gdzie docelowo chciałyśmy spędzić tę noc) na imprezę rodem z gali Oscarowej sprzedały się w 2,5 tygodnia, o czym poinformował mnie manager… Trzeba było szybko zorganizować coś innego. Był to mój pierwszy Sylwester w Krakowie od niepamiętnych czasów – oprócz tego licealnego, na którym dostałam butelką w głowę i tym samym wybiłam sobie świętowanie tego dnia w mieście. Zazwyczaj wyjeżdżałam w góry, bo tam moja natura mnie ciągnie. Jednak ze względu na zaistniałą sytuację odpuściłam w tym roku i postawiłam na wystrojenie się oraz dobrą zabawę na ukochanym Kazimierzu, w towarzystwie mojej siostry. Rozważałam ofertę Le Scandale, Plac Nowy 1 oraz Barkę. Padło na Plac Nowy 1. W trakcie rozmowy z Panią Manager wynikło, że oferta jest zbliżona z zeszłoroczną, która się świetnie sprawdziła. Koszt był w wysokości 100 zł. W cenie był „welcom drink” + przystawka do wyboru: bufet sushi lub bruschetta /deska serów i wędlin. W trakcie imprezy była możliwość zamawiania dań oraz napojów ze specjalnej, skróconej karty menu, która powstała na tę okazję. Tym sposobem zamieniłam problem „gdzie iść” na „w co ja się ubiorę” 😉 . W listopadzie obiecałam sobie, że Święta również nie będą na ostatnią chwilę i prezenty oraz to, co znajdzie się na wigilijnym stole zaplanuję wcześniej. Z prezentami po części mi się udało, ponieważ faktycznie zaczęłam je już w listopadzie gromadzić. Te Święta były dla mnie bardzo wyjątkowe, ponieważ spędziliśmy je razem. Zazwyczaj moja siostra zostawała w Anglii lub rodzice do niej jechali i często były one podzielone. A Święta w Anglii to nie to samo. Brak śniegu, brak magii i widok rodzinnych obiadów w McDonaldach mnie nie zadowala. Wręcz przygnębia :/ . Jestem osobą bardzo rodzinną i żadne bańki świata nie zastąpią mi czasu z najbliższymi. Tym bardziej cieszę się, że w tym roku nie było dylematów, jak ten temat ugryźć. Wszyscy razem tu na miejscu i koniec 🙂 . Tak się tym ucieszyłam, że w pełni zaangażowałam się w organizację Wigilii. Rodzice zajęli się zakupami spożywczymi i przygotowaniem jedzeniem, a ja dekoracjami na stół.

Ponadto rozpisałam menu świąteczne, które nieco podrasowałam. Zamiast uszek do barszczu zrobiłyśmy z mamą krokieciki z kapusty w cieście francuskim, zamiast grochowej była moja zupa-krem soczewicowa oraz grzybowa z leśnych grzybów, które zebrali moi rodzice. Tradycyjnie były pierogi z kapustą i grzybami mojej mamy oraz karp – tym razem nie w całości tylko same filety. Ze słodkości – zamówiłam w sprawdzonej cukierni w Wieliczce makowca i orzechowca w cieście półfrancuskim.

Wracając do tematu listopadowych poczynań, 11 listopada w Dzień Niepodległości byłam w Zielonym do Góry na degustacji pysznej gęsiny z okazji Dnia Świętego Marcina. Menu i smaki mnie oczarowały. Szczególnie, że gęsinę jadłam pierwszy raz i polecam ją każdemu, szczególnie przez jej wartości odżywcze, o których nie będę się tutaj rozpisywać. Mięso – jak poinformował mnie sam szef kuchni – zamówione zostało specjalnie na ten dzień już wiosną. Z pyszności zamówiłam placuszki ziemniaczane z cukinią, kiszoną marchewką z gulaszem z gęsich żołądków, krupnik na gęsinie z popcornem z kaszy, pierś z gęsi ze śliwkowym chutney, kopytkami, konfiturą z czerwonej kapusty i fig.

Na deser udało mi się dorwać Rogala Świętomarcińskiego, co było nie lada wyzwaniem… Następnym razem obiecałam sobie, że pojadę do Poznania 🙂 .

Z nowych miejsc, jakie poznałam w listopadzie to Wesoła Cafe, w której powstał post porównania kalendarzy opublikowany już na mojej stronie (dotarł on do ponad 2000 osób 🙂 ). Miejsce to znajdzie się w moim kolejnym wpisie #FitFoodLover na mieście czyli śniadania białkowo-tłuszczowe na mieście. Podobnie jak Moment Resto Bar, w którym moim zdaniem wykonałam jedno z lepszych zdjęć dania.

Jeżeli chodzi o sprawy treningowe to odpuściłam zajęcia Bachaty i znalazłam zajęcia Kick Boxingu w zaprzyjaźnionej krakowskiej siłowni Power2Fit. Na ten moment bardzo mi one odpowiadają. Nie mogę sobie pozwolić na trening 5 razy w tygodniu jak dawniej. Mój styl życia i pracy nieco się zmienił, więc poszukuję zajęć i formy ruchu która mnie nie znudzi i da porządny wycisk. Te zajęcia mnie w pełni satysfakcjonują. Szczególnie, że Monika Matyjewicz – Pani trener daje porządną dawkę wiedzy, a trening pod jej okiem nie należy do łatwych (szczerze mówiąc po 20 minutach dziękuję Bogu, że trenuję tyle lat). Po drugich zajęciach usłyszałam, że mam predyspozycje do tego sportu. Nie ukrywam, że jest to motywujące i kuszące, aby sprawdzić się w tej dyscyplinie. Jednak końcówką pracowitego roku, wróciłam myślami do powrotu na scenę w kulturystyce. Jednak nie do Bikini, a do kategorii Fit Model – aktualnie ta estetyka ciała mi się bardziej podoba i nie wymagałaby to nadbudowania masy mięśniowej. Ten temat nie do końca zamknęłam i zobaczymy, co z tego wyniknie. Na ten moment wybieram trenera i na razie w tym temacie utkwiłam…

Wracając do tematu Kick Boxingu otrzymałam propozycję wyjazdu na obóz kadry w Zakopanem w styczniu. Szczerze rozważam ten wyjazd pod kątem „czy na pewno chce w to iść”. Generalnie jest to sport kontuzyjny (o czym się niestety przekonałam :/ ), jednak mój charakter sportowca i chęć rywalizacji czasem jest mocniejsza od moim obaw i zdrowego rozsądku. Jednak przez grudzień dojrzałam do tematu i będzie to jedynie moja zajawka i alternatywa siłowni. Poza tym w listopadzie obiecałam sobie głębszą medytację, przemyślenia i refleksje. Niedziele zaczęłam bardziej poświęcać dla swojej duszy. Szukam spokoju wewnętrznego, którego zaczęło mi ostatnio brakować. Temat balansu pomiędzy różnymi sferami życia jest mi nadal bliski. Polecam pracę z książką „Dobrze zaprojektowane życie”, która skłoniła mnie to takich przemyśleń. Ponadto zaczęłam zgłębiać tajniki minimalizmu oraz spisywać swoją listę wdzięczności, która pozwala mi dostrzec jak niewiele potrzeba do szczęścia i doceniać rzeczy niematerialne. Stałam się też bardziej systematyczna w zapisywaniu swoich wydatków, celów na przyszłość oraz nawyków, które chcę u siebie wyrobić lub pielęgnować. Ponadto parę miesięcy pracowaliśmy nad moim nowym logo, którego premiery nie mogę się już doczekać 🙂 . Aaaa!!! i zmieniłam kolor włosów na ciemniejszy 😉 .

Na przełomie listopada i grudnia zakończyła się kolejna edycja „Grupy Wsparcia”, której jestem autorką. Dziewczyny pracują ze mną 1 x w tygodniu i dostają niezły wycisk. Ponadto otrzymują plan żywieniowy i porady oraz motywację na kolejny tydzień. Dziewczyny pogubiły od 6 do 10 cm w obwodach. Jestem z nich mega dumna, ponieważ dają z siebie wszystko na treningach. Poniżej przedstawiam efekty, które chciałam wyróżnić.

Oprócz Grupy Wsparcia pracuję również z moimi podopiecznymi indywidualnie. Pojawiły się sylwetki, które chciałabym zamieścić w zestawieniu tych wyróżnionych. Pierwsza z nich to K. 49 lat z którym współpracujemy 3 miesiące. Nie był to łatwy „przypadek” pod kątem prowadzenia z tego względu, że cel był szczytny – poprawienie jakości mięśniowej przy podwyższonej kreatyninie (można spożywać do 2 porcji białka, produktów typu mięso, jaja, ryby). Parę dni spędziłam, aby pochylić się nad problemem. Efektem końcowym było rozpisanie 3 różnych planów żywieniowych, planu treningowego na siłowni (podzielonego na 3 różne dni) oraz treningu właściwego – 2 x w tygodniu trening pod moim okiem. Wszystko oczywiście było dostosowane do cyklu dnia K. Już po dwóch miesiącach usłyszałam, że efekty przeszły jego oczekiwania i otrzymałam piękna laurkę: Karolina to w pełni profesjonalna trenerka a zarazem dietetyczka. Trzeba wiedzieć, że nie tylko ćwiczenia ale właściwe odżywianie gwarantują sukces. Zanim spotkałem Karolinę to aby zrzucić parę kilogramów katowałem się niejedzeniem lub jedzeniem mało apetycznych ale niskokalorycznych potraw. Teraz jem do syta i to smacznie! Potrawy, które przyrządzam wg przepisów Karoliny są bardzo smaczne i proste w przyrządzaniu. Teraz wiem, że najważniejsze co się je a nie ile. Kolejna bardzo ważna rzecz: Karolina zadaje pytania, słucha i analizuje i dzięki temu mocno zagłębia się w temat a to jest bardzo ważne! A treningi? No cóż… łatwo nie jest bo trenerka jest wymagająca i ciśnie mocno:-). Coś za coś, jak się chce osiągnąć efekt trzeba się pomęczyć. A efekt? 7 kg w dół w 2 miesiące i co ważniejsze to przy takim spadku wagi wyraźny przyrost mięśni. Wróciły znów do łask odstawione ciuchy jak T-shirty czy sweterki-serki bo teraz bez brzuszka leżą zdecydowanie lepiej :-D. Polecam Karolinę szczególnie osobom które słabo wierzą w swoje możliwości. Mnie osobiście efekty w tak szybkim czasie zaskoczyły bardzo.

Niebawem kolejna część wpisu! A w niej relacja z Sylwestra w Placu Nowym 1 oraz organizowanych przeze mnie warsztatów pieczenia fit pierników, pierwsze nagrania dla Medestetis, wegańskie warsztaty w Kulinarnych Kreacjach i jak spędziłam 2 tygodnie przerwy świątecznej.

Ciasto świąteczne bez grama mąki

W grudniu, jeszcze przed Świętami, organizowałam Fit Warsztaty pieczenia pierniczków z moimi podopiecznymi oraz bliskimi znajomymi. Na tę okazję zaplanowałam premierę ciasta świątecznego bez grama mąki 🙂 . Przepis powstał przy współpracy z moją podopieczną Justynką, która jest odpowiedzialna również za jego piękne wykonanie. W przeciągu roku przepis został udoskonalony, a gramatura została dopracowana do perfekcji. Po oficjalnej degustacji ciasta wszyscy moi goście stwierdzili, że jest pyszne, lekkie i nie zapycha jak tradycyjne ciasto. Trudno było im uwierzyć, że jest bez mąki. Głównymi składnikami są pomarańcze i czekolada czyli dwa składniki, które mi osobiście kojarzą się ze Świętami Bożego Narodzenia – no może oprócz mandarynek jeszcze 😉 . Niestety ciasto nie miało oficjalnej nazwy, więc przy okazji pieczenia pierniczków na moich Fit Warsztatach, każdy podał swoją propozycję i zorganizowaliśmy konkurs. Padło kilka ciekawych propozycji, które potem wrzuciłam na swój fanpage na Facebooku:

  1. Czarna pomarańcza.
  2. Pomarańczowa świąteczna noc.
  3. Pomarańczowy powiew subtelności.
  4. Orange Miracle.
  5. Pomarańczowa rozkosz.
  6. Orange Express.


Po komentarzach pod postem można było zauważyć, że szanse były wyrównane pomiędzy propozycją 5 i 6. W związku z tym ostateczny wybór pozostawiłam sobie 🙂 . Zdecydowałam się na Orange Express, ponieważ ciasto znika błyskawicznie ze stołu, choć robi się je długo przez czasochłonny proces przygotowania pomarańczy. Skojarzyło mi się to z Orient Expressem, którego podróż trwa dłużej niż zwykłych połączeń kolejowych. Po wybraniu odpowiedniej nazwy uważam, że nadeszła pora na ujawnienie tajemnych składników 😉 .

Składniki:
3 pomarańcze,
6 jajek,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
pół łyżeczki sody oczyszczonej,
200 g zmielonych migdałów,
85 g ksylitolu,
50 g kakao.

Wykonanie:
2 pomarańcze nakłuwamy widelcem i zalewamy wodą w garnku, następnie gotujemy przez 2 godziny, po czym studzimy. Najlepiej ugotować je dzień wcześniej. Miksujemy ugotowane pomarańcze tak, żeby kawałeczki skórki były widoczne. Dodajemy pozostałe składniki i chwilę ubijamy. Pozostałą pomarańczę kroimy na cienkie plastry i wkładamy do garnka, następnie zalewamy jedną trzecią szklanki wody i jedną trzecią szklanki ksylitolu. Gotujemy przez 15 minut. Tortownicę wykładamy papierem do pieczenia, na spodzie układamy plastry pomarańczy, wylewamy na to ciasto i pieczemy 45-60 minut w temperaturze 180 stopni.

SMACZNEGO!

Visit Us On FacebookVisit Us On YoutubeVisit Us On Twitter