kosmetyki

Urlop w Anglii, moje pierwsze Halloween, Haul zakupowy, zdrowe przekąski do kupienia w sklepie.

Mój urlop w Anglii był wykorzystany w 100%. Wiele osób ma przeświadczenie, że to nieudany pomysł na spędzenie wolnego ze względu na „angielską pogodę”. Uważam, że jesień i zima to najlepszy czas, aby udać się właśnie tam. Oczywiście mogłyby to być ciepłe kraje, a obawiam się, że po przylocie miałabym tygodniową depresję pourlopową.  Przede wszystkim jesień na Wyspach była dla mnie „złotą polską jesienią” tylko może z mniejszą ilością kolorów liści na drzewach. Przez cały tygodniowy pobyt nie padało. Było słonecznie, a najniższa temperatura w ciągu dnia podczas mojego październikowego pobytu sięgała 15 stopni. W Polsce brakuje mi okresów przejściowych i mam wrażenie, że wiosna i jesień trwają za krótko. Przynajmniej dla mnie.

Oto w jaki sposób spędziłam czas, na co zwróciłam uwagę i gdzie byłam:

  1. Przyroda/Parki – podczas każdego wyjazdu staram się mieć jak największą styczność z przyrodą, ponieważ to mnie uspokaja i sprawia, że mogę na chwilę zwolnić. Bardzo podoba mi się pomysł weekendowych rodzinnych wypadów do parku. Ja tym razem odwiedziłam Ryton Pools Country Park w którym, było mnóstwo atrakcji dla dzieciaków ze względu na obchodzone tam Halloween. Dla mnie atrakcją, był spacer z siostrą i zatrzymanie się na dłużej w miejscach godnych uwagi oraz zabawa w parku dla dzieci :D.






2. Architektura

Oprócz natury, uwielbiam podziwiać architekturę. W ogóle zwracam uwagę na to co mnie otacza. Lubię ładne budynki. Może to być nowoczesne lub stare budownictwo, byleby wyglądem pasowały do miejsca lub oddawały jego klimat. W Anglii podobają mi się domki szeregowe z czerwonej cegły, Kościoły (to moja słabość w tym temacie jeśli chodzi o fotografię budynków), angielskie Puby i stare mury rodem z „Władcy Pierścieni”. Mogłabym patrzeć i patrzeć…



3. Halloween

Pierwszy raz miałam okazję aktywnie w nim uczestniczyć.  Generalnie chodzi o to, że dzieciaki chodzą po domach i zbierają cuksy. Dorośli te cukierki rozdają i specjalnie na tę okazję przystrajają drzwi wejściowe, a co poniektórzy nawet ogródki. Wystawiając dynię przed wejście, dają znać że można do nich bez krępacji zapukać. Cieszę się, że miała okazję wziąć w tym udział. Stroju nie miałam, ale zaszalałam z make-upem ;).



4. Zakupy/Kosmetyki/Księgarnie

Jeżeli chodzi o ciuchy, jedzenie i książki to coś co mnie pochłania na godziny. Przed wyjazdem z Polski zamarzyłam o pięknym płaszczu na jesień. Niestety tego wypatrzonego w Zarze nie zdążyłam kupić przed wylotem. Jednak los chciał, abym natrafiła na swoją musztardową miłość z New Looka. Oprócz tego stałam się właścicielką jednej szarej bluzy z Primarka (niektórzy mówią, że tam same szmatki jednak takie basic-owe rzeczy, akcesoria i skarpetki – uważam, że warto tam kupić), bordowej zamszowej czapeczki, w takim samym kolorze butów za 2 funciaki, moherowy biały sweter (na zimę to must have dla mnie), komplet bielizny o boskim kolorze i wzorze! Do dzisiaj nie umiem go nazwać – jest połączeniem musztardy i delikatnej zieleni? Wołał do mnie z ekspozycji!! Nieważne, że na nim będę nosić pewnie 5 swetrów i płaszcz w zimie. Musiałam go mięć. Najlepsze jest to, że mogłam dobrać inny rozmiar góry i dołu. Dla mnie to ważne, ponieważ figi zawsze noszę mniejsze niż góra kompletu na to wskazuje. Ba! Można było wybrać nawet inny kolor i rozmiar.


Jeżeli chodzi o kosmetyki to wstąpiłam do Lush. Marka znana przede wszystkim w Stanach. Cały asortyment to kosmetyki naturalne. Szczególną uwagę zwróciłam na maseczki do twarzy, które wyglądały rewelacyjnie.


W księgarni musiałam „obejść się smakiem”, ponieważ na pewno musiałabym dopłacić za dodatkowe kilogramy w drodze powrotnej. Jednak wypatrzyłam kilka perełek, które w Polsce dopiero miały swoją premierę. Resztę zachowam dla siebie, ponieważ być może będzie to materiał na kolejnego posta.

5. Jedzenie

Temat rzeka dla mnie… Wchodzę do sklepu – wypatruję ciekawe produkty. Najlepiej żeby były zdrowe, chyba że jest to godny grzechu cheat to co innego – wtedy pakuję od razu do koszyka ;). Ale do meritum – pobuszowałam trochę po sklepach tych większych oraz mniejszych – lokalnych. Spodobały mi się „gotowce”, które są łatwo dostępnym rozwiązaniem dla osób zapracowanych stawiających na wygodę lub dla takich jak ja po treningu. Przypomina mi to dietę pudełkową tylko można ją sobie samemu skomponować. Do wyboru były jajka na twardo ze szpinakiem, sałatki z mięsem i wersje wegetariańskie oraz wrapy. Do każdego zestawu jest sos w oddzielnym pojemniczku. Często to one mają najwięcej kalorii z całej sałatki. Jednak ich zaletą jest to, że ilość można sobie dozować, albo całkiem z nich zrezygnować.




Ponadto zwróciłam uwagę na: hummus z suszonych pomidorów, buraka i parmezanem (który był rewelacyjny jak na te ze sklepu), warzywa mix i krewetki z ryżem. Odwiedziłam również lokalny targ na którym jest dostęp do świeżych warzyw i owoców oraz ziół. Niektóre z nich jak kolendra, są tańsze niż w Polsce.





Jeżeli chodzi o jedzenie na mieście w Coventry śmiało mogę polecić Las Iguanas. Byłam tam parokrotnie i za każdym razem wychodziłam zadowolona. Warto sprawdzić to miejsce. Jedzenie jest świeże, a cenowo bardzo przystępne. We wtorki można skorzystać z promocji Taco 2 za 1. Jak widać skorzystałyśmy z siostrą :). Ja zamówiłam wersję z wołowina i śmietaną, druga porcja była z kurczakiem i avocado.



Jeżeli w jakikolwiek sposób ten post był dla Ciebie interesujący lub chcesz się podzielić swoją opinią, będę wdzięczna za komentarz.

Kiss Kiss,

Karola

Visit Us On FacebookVisit Us On YoutubeVisit Us On Twitter