książki

Moje poszukiwania idealnego fit kalendarza na 2018 rok

Zbliża się Nowy Rok, „Nowa Ja” i w związku z tym niebawem trzeba będzie wybrać nowy kalendarz na 2018 rok. Organizacja to ważna sprawa w planowaniu. Tym bardziej, jak pomiędzy pracą, prasowaniem, ogarnianiem domu i dzieci chcesz wcisnąć jeszcze swój trening. A będziesz miała ku temu świetną okazję, ponieważ coroczna akcja pod tytułem „zaczynam ćwiczyć od Nowego Roku” niebawem połączy całą Polskę ;). Chęci już są, motywacja utrzymuje się na wysokim poziomie, ale brakuje Ci jeszcze jednej niezbędnej rzeczy. Pięknego, ciągle pachnącego drukiem, nowego kalendarza, który dodatkowo będzie Cię motywował w chwilach zwątpienia, kiedy będziesz sięgać po „ostatniego” pieguska ;).

Dlatego postanowiłam ułatwić Ci wydanie pieniędzy i zrobić recenzję dwóch fit kalendarzy – Anna Lewandowska „Healthy year” 2018 oraz Ewa Chodakowska „365 dni z Ewą Chodakowską”.

„Healthy year by Ann”, wydawnictwo Burda Książki, cena: 49, 90 zł.

Kalendarz na pierwszy rzut oka wygląda obiecująco, ponieważ wielkością i grubością zbliżony jest do grubej książki. Jednak tej bez twardej okładki. Na szczęście nadrabia jakością papieru (na zewnątrz jak i od środka), precyzyjnym drukiem oraz czcionką. Ponadto w środku jest dużo kolorów oraz profesjonalnych zdjęć. Na jednej z pierwszych stron widnieją hasła: MOTYWACJA, INSPIRACJA, PASJA – czyli wszystko to, czego potrzebuje nowoczesna aktywna, wszystko-ogarniająca kobieta.

Na następnych stronach został nadrukowany całoroczny kalendarz (rozmieszczony na dwóch stronach), tekst „Nowy rok, nowe postanowienia” oraz kalendarz tygodniowy. Jego rozstaw pozostawia wiele do życzenia, ponieważ na jednej stronie mieszczą się 3 dni, a na drugiej 4 dni wraz z weekendem. Moim zdaniem, trochę za mało miejsca jak na plan dnia aktywnej kobiety. To, co przypadło mi do gustu, to „przerywniki” co kilka stron. Czyli osobne wpisy z tematyki: MOTYWACJI, PIELĘGNACJI, TRENINGU, KULINARIA-PRZEPISY i psychologia, co jest miłym zaskoczeniem, a czym Ania się nie „chwali” – przynajmniej nie są one wpisane pod żadną z wyżej wymienionych kategorii.

Teksty takie jak lista wdzięczności, którą można sobie spisać czy lista celów, uważam za bardzo przydatne. To co spisane jest przecież święte :)! A na pewno inaczej działa na naszą podświadomość. Kto mnie zna wie, że przywiązuję do tego dużą wagę.

Tym bardziej miłym zaskoczeniem jest tekst o wampirach energetycznych czy porady na jesienne wymówki. Tak, tak Kochana! To, że teraz masz „milion do motywacji” nie znaczy, że nie będzie kryzysów. Wydaje mi się, że warto przygotować się zawczasu i umieć reagować na lenia, który może Cię dopaść wraz z pierwszym śniegiem.

Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że w kalendarzu zostały zebrane i wyselekcjonowane tematy przydatne w holistycznym podejściu do zmian. Jednak hasła typu „Działaj!! Zacznij dzisiaj!”, totalnie mnie nie motywują i uważam, że są zbędne. Co nie znaczy, że na Ciebie nie będą działać. Kalendarz jest bardzo przejrzysty i zachęca do aktywnej pracy z nim. Uważam, że fajnym pomysłem, są wstawki co parę tygodni z mini grafikami czy zdjęciami Ani. Całość została przemyślana i poukładana w logiczny sposób. Kalendarz jest spory, ale bardzo poręczny i dobrze wykonany.

„Be Smart be Fit” czyli 365 dni z Ewą Chodakowską, wydawnictwo Edipresse, cena: 39,90 zł.

Kalendarz na pierwszy rzut oka wygląda przyzwoicie chociaż delikatny róż i selfie Ewy Chodakowskiej do mnie nie przemawiają. Natomiast okładka jest twarda za co spory plus! Jeżeli chodzi o liczbę stron to mam wrażenie, że jest taki sam jak „Healthy Year” A. Lewandowskiej. Jednak prawie dwa razy mniejszy :/ … Po otwarciu jakość papieru mnie lekko podłamała. Tutaj chciałam się zatrzymać i napisać, że gdybym była wierną fanką E.Chodakowskiej, to poczułabym się delikatnie mówiąc – rozczarowana. Ale idźmy dalej. Na pierwszej ze stron został nadrukowany kalendarz roczny, potem dzienny – każdy dzień na osobnej kartce, co jest dużym plusem – sporo miejsca na zapiski! Lubię to!

Dalej jest niestety troszkę gorzej… Zdjęcia Ewy rodem z Instagrama nie przemawiają do mnie kompletnie. Tym bardziej hasła motywacyjne. Co kilka stron, zostały nadrukowane trasy biegowe i Nordic Walkingowe. Jednak nie wiem po co i nie widzę w tym logiki. Jeżeli byłabym fanką Ewy to chciałabym ćwiczyć jej program/ćwiczenia, a nie chodzić po lesie z kijami. Co do biegania, to nie potrzebuję trasy biegowej. Wystarczą mi dobre buty i chęci.

Wracając do kalendarza, a raczej plannera – przepisy dietetyczne również się pojawiają. Ich atutem jest prostota oraz ilość podanych kalorii.

Mam wrażenie, że planner został przygotowany „na szybko”. Uważam, że za tą cenę mogłoby być nieco lepiej. W związku z tym mam pewne zastrzeżenia nad stosunkiem jakości do ceny.

Podsumowując – kalendarz A. Lewandowskiej zdecydowanie lepiej wypada przy plannerze E.Chodakowskiej. Niestety ten ostatni wygląda na niedopracowany i mało przemyślany. Ja jestem bardzo wymagająca co do zakupy kalendarza, dlatego z tych dwóch niestety nie wybrałabym żadnego. W rezultacie moich poszukiwań – nadal jestem bez kalendarza na 2018 rok, który w pełni zaspokoiłby moje potrzeby. Na razie zostaję przy swoim wyborze sprzed dwóch lat, czyli kalendarzu Dominiki Cudy – Sport Calendar. Jednak jestem otwarta na nowości i jeżeli Tobie wpadła jakaś ciekawa propozycja w ręce to daj mi znać. Chętnie sprawdzę :).

Urlop w Anglii, moje pierwsze Halloween, Haul zakupowy, zdrowe przekąski do kupienia w sklepie.

Mój urlop w Anglii był wykorzystany w 100%. Wiele osób ma przeświadczenie, że to nieudany pomysł na spędzenie wolnego ze względu na „angielską pogodę”. Uważam, że jesień i zima to najlepszy czas, aby udać się właśnie tam. Oczywiście mogłyby to być ciepłe kraje, a obawiam się, że po przylocie miałabym tygodniową depresję pourlopową.  Przede wszystkim jesień na Wyspach była dla mnie „złotą polską jesienią” tylko może z mniejszą ilością kolorów liści na drzewach. Przez cały tygodniowy pobyt nie padało. Było słonecznie, a najniższa temperatura w ciągu dnia podczas mojego październikowego pobytu sięgała 15 stopni. W Polsce brakuje mi okresów przejściowych i mam wrażenie, że wiosna i jesień trwają za krótko. Przynajmniej dla mnie.

Oto w jaki sposób spędziłam czas, na co zwróciłam uwagę i gdzie byłam:

  1. Przyroda/Parki – podczas każdego wyjazdu staram się mieć jak największą styczność z przyrodą, ponieważ to mnie uspokaja i sprawia, że mogę na chwilę zwolnić. Bardzo podoba mi się pomysł weekendowych rodzinnych wypadów do parku. Ja tym razem odwiedziłam Ryton Pools Country Park w którym, było mnóstwo atrakcji dla dzieciaków ze względu na obchodzone tam Halloween. Dla mnie atrakcją, był spacer z siostrą i zatrzymanie się na dłużej w miejscach godnych uwagi oraz zabawa w parku dla dzieci :D.






2. Architektura

Oprócz natury, uwielbiam podziwiać architekturę. W ogóle zwracam uwagę na to co mnie otacza. Lubię ładne budynki. Może to być nowoczesne lub stare budownictwo, byleby wyglądem pasowały do miejsca lub oddawały jego klimat. W Anglii podobają mi się domki szeregowe z czerwonej cegły, Kościoły (to moja słabość w tym temacie jeśli chodzi o fotografię budynków), angielskie Puby i stare mury rodem z „Władcy Pierścieni”. Mogłabym patrzeć i patrzeć…



3. Halloween

Pierwszy raz miałam okazję aktywnie w nim uczestniczyć.  Generalnie chodzi o to, że dzieciaki chodzą po domach i zbierają cuksy. Dorośli te cukierki rozdają i specjalnie na tę okazję przystrajają drzwi wejściowe, a co poniektórzy nawet ogródki. Wystawiając dynię przed wejście, dają znać że można do nich bez krępacji zapukać. Cieszę się, że miała okazję wziąć w tym udział. Stroju nie miałam, ale zaszalałam z make-upem ;).



4. Zakupy/Kosmetyki/Księgarnie

Jeżeli chodzi o ciuchy, jedzenie i książki to coś co mnie pochłania na godziny. Przed wyjazdem z Polski zamarzyłam o pięknym płaszczu na jesień. Niestety tego wypatrzonego w Zarze nie zdążyłam kupić przed wylotem. Jednak los chciał, abym natrafiła na swoją musztardową miłość z New Looka. Oprócz tego stałam się właścicielką jednej szarej bluzy z Primarka (niektórzy mówią, że tam same szmatki jednak takie basic-owe rzeczy, akcesoria i skarpetki – uważam, że warto tam kupić), bordowej zamszowej czapeczki, w takim samym kolorze butów za 2 funciaki, moherowy biały sweter (na zimę to must have dla mnie), komplet bielizny o boskim kolorze i wzorze! Do dzisiaj nie umiem go nazwać – jest połączeniem musztardy i delikatnej zieleni? Wołał do mnie z ekspozycji!! Nieważne, że na nim będę nosić pewnie 5 swetrów i płaszcz w zimie. Musiałam go mięć. Najlepsze jest to, że mogłam dobrać inny rozmiar góry i dołu. Dla mnie to ważne, ponieważ figi zawsze noszę mniejsze niż góra kompletu na to wskazuje. Ba! Można było wybrać nawet inny kolor i rozmiar.


Jeżeli chodzi o kosmetyki to wstąpiłam do Lush. Marka znana przede wszystkim w Stanach. Cały asortyment to kosmetyki naturalne. Szczególną uwagę zwróciłam na maseczki do twarzy, które wyglądały rewelacyjnie.


W księgarni musiałam „obejść się smakiem”, ponieważ na pewno musiałabym dopłacić za dodatkowe kilogramy w drodze powrotnej. Jednak wypatrzyłam kilka perełek, które w Polsce dopiero miały swoją premierę. Resztę zachowam dla siebie, ponieważ być może będzie to materiał na kolejnego posta.

5. Jedzenie

Temat rzeka dla mnie… Wchodzę do sklepu – wypatruję ciekawe produkty. Najlepiej żeby były zdrowe, chyba że jest to godny grzechu cheat to co innego – wtedy pakuję od razu do koszyka ;). Ale do meritum – pobuszowałam trochę po sklepach tych większych oraz mniejszych – lokalnych. Spodobały mi się „gotowce”, które są łatwo dostępnym rozwiązaniem dla osób zapracowanych stawiających na wygodę lub dla takich jak ja po treningu. Przypomina mi to dietę pudełkową tylko można ją sobie samemu skomponować. Do wyboru były jajka na twardo ze szpinakiem, sałatki z mięsem i wersje wegetariańskie oraz wrapy. Do każdego zestawu jest sos w oddzielnym pojemniczku. Często to one mają najwięcej kalorii z całej sałatki. Jednak ich zaletą jest to, że ilość można sobie dozować, albo całkiem z nich zrezygnować.




Ponadto zwróciłam uwagę na: hummus z suszonych pomidorów, buraka i parmezanem (który był rewelacyjny jak na te ze sklepu), warzywa mix i krewetki z ryżem. Odwiedziłam również lokalny targ na którym jest dostęp do świeżych warzyw i owoców oraz ziół. Niektóre z nich jak kolendra, są tańsze niż w Polsce.





Jeżeli chodzi o jedzenie na mieście w Coventry śmiało mogę polecić Las Iguanas. Byłam tam parokrotnie i za każdym razem wychodziłam zadowolona. Warto sprawdzić to miejsce. Jedzenie jest świeże, a cenowo bardzo przystępne. We wtorki można skorzystać z promocji Taco 2 za 1. Jak widać skorzystałyśmy z siostrą :). Ja zamówiłam wersję z wołowina i śmietaną, druga porcja była z kurczakiem i avocado.



Jeżeli w jakikolwiek sposób ten post był dla Ciebie interesujący lub chcesz się podzielić swoją opinią, będę wdzięczna za komentarz.

Kiss Kiss,

Karola

Visit Us On FacebookVisit Us On YoutubeVisit Us On Twitter