recenzja

Słodkie Walentynki – czyli gdzie warto zaprosić na randkę (Kraków)

Walentynki tuż tuż…

Z tego względu podrzucam Wam miejscówki, które warto odwiedzić, aby randka czy nawet spotkanie przyjacielskie było udane. Z Walentynkami jak z weselem – jedzenie i ludzie to 80 procent sukcesu. Miejscówki wybrane przeze mnie zapewnią dobre jedzenie i atmosferę. Wiadomo, że jeżeli towarzystwo i miejsce są właściwe to należy dorzucić do tego wyśmienity deser i 100 procentowy sukces gwarantowany.

Miejsca, które sprawdziłam:

1. Pimiento (na Kazimierzu – ze względu na swoje dobre wspomnienia, a w drugiej lokalizacji, na Rynku, jeszcze nie miałam okazji być) dla zwolenników dobrej atmosfery, świetniej obsługi, wyśmienitych steków i cudownych deserów – szczególnie kuli czekoladowej z sosem angielskim.

2. Zalipianki przy Rynku Głównym. Bardzo przytulne miejsce i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Jedzenie wyśmienite, aczkolwiek porcje niektórych mogą przerosnąć 😉 . Polecam czekoladowe ciasto na ciepło jako deser. Plusem tego miejsca jest to, że z osłoniętego tarasu można korzystać nawet zimą.

3. Nolio – miejsce, w którym można poczuć się bardzo intymnie. Poleciłabym tu neapolitańską pizzę oraz sernik z ricotty di buffala.

4. Wierzynek – miejsce z historią, klimatem i widokiem na Mariacki. Szczególnie polecam kaczkę, a z deserów zwróciłabym uwagę na mus migdałowy oraz sernik chałwowy.

5. Plac Nowy 1 – nigdy nie zawodzi pod względem jedzenia, jednak jak deser, to tylko fondat czekoladowy.

6. U Ziyada – miejsce, które zachwyca widokiem. Z deserów zwróciła moją uwagę Panna Cotta kokosowa.

7. Słodki Wentzl – tutaj warto zjeść deser mango z sosem malinowym.

Miejsca, w których nie byłam ale myślę, że warto spróbować ich deserów:

  1. Fiorentina – deser mus karmelowy/prażone jabłko/kardamon/cynamon.
  2. Garden Restauracja – deser czekolada/owoce leśne.
  3. Nota-Resto – deser cytrynowy creme brulle.
  4. Bottiglieria 1881 – deser Rokitnik/toffi.
  5. Biała Róża – deser czekolada/chilli/truskawka.

Udanego i słodkiego 😉 randkowania!

Recenzja Restauracji Pimiento – Kraków (ul. Józefa 26)

Kawał dobrego mięsa w Krakowie i nie tylko… czyli na czym się nie skończyło w Pimiento na krakowskim magicznym Kazimierzu, przy ulicy Józefa 26.

Przekraczając próg Restauracji, od razu wchodzi się w świat steków. Po lewej stronie znajduje się otwarta kuchnia, a na wprost obsługa, która wita na wejściu. W pierwszej sali panuje nieco bardziej intymna atmosfera niż w drugiej, w której jest zdecydowanie jaśniej. Tutaj wiadomo, po co się przyszło. Każdy akcent Restauracji podkreśla to, co w niej najlepsze. A najlepsze jest mięso i… nie tylko!

Karta i menu są czytelne i bardzo pomocne. Bardzo lubię takie „ściągi”.



Wybór nie był łatwy, ale obsługa jest dobrze przeszkolona i biegła w karcie oraz tym, co jest podawane poza nią – warto zapytać. Wybór padł na polski T-Bone oraz argentyńską polędwicę La Marocha. Do tego wytrawne argentyńskie wino i, pomimo tego, że czerwone, nie było ciężkie – jak obiecała kelnerka. Z dodatków – warto wybrać frytki z batatów, szpinak i warzywa grillowane. Jeżeli chodzi o sosy – z zielonego pieprzu, grzybowy i chimichurri (!) są godne uwagi.


Przejdźmy teraz do deserów – zwolennicy treściwego browni z kulką lodów będą zadowoleni. Natomiast dla szukających wrażeń 😉 polecam zamówić kulę czekoladową z gałką lodów, która po zalaniu ciepłym angielskim sosem 🙂 – odkrywa właściwy deser.

Dobre miejsce na romantyczny wieczór, spotkanie biznesowe oraz kulturalną podstawówkę.

ZAMÓW T-Bone i weź pod uwagę, że jej ok. 30% to kość.

RADA – jeżeli lubisz „medium” weź medium well – mięso z kością jest bardziej krwiste.

Zostaw miejsce na DESER i zamów lodową kulę.

STOLIK w pierwszej sali, przy oknie będzie idealny na randkę.

Jeżeli chcesz wiedzieć, gdzie w Warszawie ugryźć dobrego steka, zajrzyj tu: http://karolinasitkowska.pl/recenzja-beef-and-pepper-steak-house/

Recenzja Beef and Pepper Steak House

Kawał dobrego mięsa w Warszawie i nie tylko… czyli na czym się nie skończyło w Beef and Pepper Steak House.

Dobra wołowina rządzi się swoimi prawami. Rzadko wystawiam recenzję “na już”, ale szybko chciałam się podzielić informacją o dobrej jakości jedzeniu, pięknym wnętrzu i cudnej obsłudze. Takie miejsca zasługują na rozgłos.

Restauracja Beef and Pepper Steak House mieści się zaledwie 10 minut na nogach od Dworca Centralnego przy Nowogrodzkiej 47a. Nieco ukryte wejście, oświetlone łbem byka oznacza mocne wejście. Wnętrze zachwyca klimatem oraz barwą kolorowego, ale niezbyt przesadnego światła. Po lewej stronie piękne okrągłe stoły z kwiatami będą idealnym miejscem dla dużych grup czy spotkań rodzinnych. Dalej mieści się bardziej oświetlona część w amerykańskim stylu. Natomiast po prawej stronie od wejścia jest nieco bardziej spokojnie i intymniej. Ponadto dobrze będą się tu czuły osoby wpadające na koktajl czy drinka przy barze, a widziałam że jest z czego wybierać.

Moje spotkanie miało charakter bardziej intymny, ponieważ postanowiłam uczcić swój mały sukces w Warszawie w kameralnym gronie. Przy dobrym steku i czerwonym wytrawnym winie – nie zawiodłam się. Przede wszystkim warto tutaj wysłuchać sugestii obsługi, która jest przemiła. W powietrzu jest dobra atmosfera i (prawie) każdy znajdzie w karcie coś dla siebie – makarony i sałatki oraz Halibut. Jednak tutaj warto skusić się na dobry kawał mięsa. U nas padł wybór na wyborne krewetki i krem z kukurydzy na mleku kokosowym z wołowiną na przystawkę.

Steki: z jałówki – ten wygrał! –  Nie spotkałam się ze stekiem z tego typu mięsa. Muszę przyznać, że różnicę czuć i moim zdaniem jest lepsza nawet od steka z Argentyny – oraz T-Bone z dodatkami: frytki stekowe (zamów z sosem duńskim!), grillowane warzywa i szpinak z czosnkiem. Sos pieprzowy można sobie odpuścić i zastąpić podwójną porcją sosu Jack Daniel’s, który pasuje idealnie. Zachwyceni jedzeniem zdecydowaliśmy się na deser. Poszliśmy na całość i zamówiliśmy wszystkie trzy: sernik na bazie Filadelhphią, mus czekoladowy – wygrał – oraz lody bakaliowe (niestety kupne), ale z bardzo ciekawą posypką z koziego sera! Do tego dobre włoskie wino i wszystko staje się prostsze po cięższym dniu!

Na pewno tam wrócę chociażby, aby sprawdzić czy po mojej sugestii dodania do krewetek skromnej bagietki wedle informacji jaką otrzymałam – zostanie wprowadzona 🙂 . Ale steka i deseru nie odpuszczę 😉 .

Zapraszam również na mój profil na Trip Advisor – https://pl.tripadvisor.com/members/Karolina_Sitkowska

Recenzja poniżej:

English below:

To co je wyróżnia to niesamowita jakość oraz możliwość wyboru polskiej jałówki. Sos Jack Daniels będzie trafionym dodatkiem! Do tego polecam frytki stekowe z sosem duńskim oraz sałatkę ze szpinakiem. Na deser koniecznie mus czekoladowy lub lody z zaskakująca posypką z koziego sera! Warto tam grzeszyć nie raz. Na przystawkę wybierz krewetki.

English:

Unbeatable steaks in Warsaw!

What distinguishes them is the incredible quality and the ability to choose a Polish heifer. Jack Daniels sauce will be a hit! For that I recommend steak fries with Danish sauce and a salad with spinach. For dessert, you must have a chocolate mousse or ice cream with a surprising topping of goat’s cheese! It is worth to sin there more than once. Select the shrimp for the appetizer.

Innowacyjna wielofunkcyjna mata Aximate

Podczas 1-wszych urodzin Wake Up and Squat miałam przyjemność poprowadzić swoje pierwsze autorskie zajęcia na macie Aximate. Wszystko po to, aby pokazać zalety funkcjonalnej maty, która na rynku polskim jest jeszcze nowością.

Za jej sukcesem stoją Kuba i Mikołaj mieszkający na co dzień w Krakowie! Tym samym to kolejny powód, aby promować to co lokalne. Jednak moim zdaniem mata jest innowacyjna wśród dostępnego sprzętu sportowego na ten moment. Wyróżnia się przede wszystkim wielkością 170×100 cm i grubością 5 cm. Nadaje się dla wielbicieli crossfitu, tenisa,  fitness, piłki nożnej, sportów walki czy gier i zabaw. Ja osobiście używam jej na treningach personalnych i zajęciach outdoorowych. Znaczniki na macie ułatwiają mi pracę z podopiecznymi, a na zajęciach za zewnątrz antypoślizgowa powłoka zapewnia bezpieczeństwo. Matę można ze sobą zabrać wszędzie! Waży zaledwie 4100 i ma specjalną, wygodną do noszenia na ramieniu torbę. Bardzo łatwo się czyści to jest istotne, jeśli używamy ją w pomieszczeniu i na zewnątrz. Ponadto pokazać atuty treningu nie tylko w domowym zaciszu, ale na zewnątrz! Szczególnie kiedy mamy lato. Sprzęt jest godny uwagi dla wszystkich aktywnych – trenerów i entuzjastów aktywności.

Spodobała Ci się mata?

Zapraszam do kontaktu!

Nowa kolekcja Wake Up & Squat – LATO 2018

W czerwcową sobotę, która nie mogła zdecydować się na pogodę, miałam okazję uczestniczyć na specjalne zaproszenie w 1-wszych urodzinach krakowskiego sklepu Wake Up and Squat przy ulicy Nadwiślańskiej 11.

Niewiarygodne, że firma prosperuje już kilka lat, a ja nadal mam ich jedną z pierwszych koszulek. W związku z tym wejście do sklepu pamiętając każdą kolekcję z niejednych targów fitness było jak przyglądaniu się dziecka które z roku na rok dorasta i staje się coraz bardziej świadome :). Właścicielki – Malwina i Magda – zadbały o miłą atmosferę oraz zaprezentowały najnowszą kolekcję sportową. Hasłem przewodnim marki jest Remember FIT is NEW SEXY. Najnowsza kolekcja inspirowana jest słonecznym latem tym bardziej jest CUTE.

Żółte i pastelowe różowo – fioletowe koszulki od razu przykuwają wzrok. Jakość materiału co widać gołym okiem jest na lata. Mam wrażenie, że od początku marka na to stawiała. Kolekcja jest jasna, ale zarazem wyraźna. Taka na co dzień i na trening.

Jakbym miała określić kolekcję Active to jest ona dla konkretnych babeczek, które lubią się spocić i nie boją się pokazać sportowego zadziora. Wyobrażam sobie w niej dziewczyny trenujące Cross Fit, siłówkę i mocne zajęcia fitness. Top skradł moje serce na tyle, że stał się częścią mojej codziennej stylówki. Oprócz tego, że świetnie podtrzymuje biust, ale zarazem nie ściska go do granic możliwości.

Wersja soft i bardziej “elegancka” to dla mnie hitowe spodnie z kieszonkami (!) i bardzo ciekawy stanik, który zapinany jest z przodu na haftki. W tej wersji można zdecydowanie skusić kogoś na trening strzelając sobie selfiaka na siłowni. To ugrzeczniona wersja jest jak niczym “mała czarna” – bez względu czy idziesz poćwiczyć czy powyglądać.

Luźne dresowe szorty są czymś czego długo szukałam i wiem, że jak tylko zrobi się cieplej to pośmigam w nich na rowerze, skomponuję luźną miejską stylówkę do białych trampek czy obejrzę ulubiony serial w domu. Opcja do tańca i do różańca. Jak sama autorka kolekcji przyznaje: „Najbardziej z tej kolekcji jestem zakochana w cropie i spodenkach, kocham rzeczy które wygoda dorównują piżamie, a są na codzień i na trening”.

Natomiast strój kąpielowy inspirowany strojem bikiniar jest fajnym puszczeniem oka w stronę tego co aktualnie dzieje się fit światku. Stanik nie jest usztywniany, jednak dziewczyny mające co pokazać na pewno będą zadowolone. Zresztą te z mniejszym asortymentem też, ponieważ nie o to tutaj tym razem chodzi 🙂 tu chodzi o podkreślenie pośladków bez względu na to czy je masz czy nie – krój majtek jest odpowiednio do tego stworzony: „Chciałyśmy podkreślić nogi wyrzeźbione na siłowni i piękne brzuchy. Nasze bikini może być nagroda za ciężka prace na treningach” – przyznaje Malwina.

Z pewnością w tej kolekcji można znaleźć coś dla siebie. Kolekcja wybija się jakością materiału, kolorystyką i funkcjonalnością oraz podkreśleniem kształtów kobiecej sylwetki.

Gdzie zjeść śniadanie białkowo-tłuszczowe w Krakowie? #FitFoodLover na mieście – część II

Oto druga odsłona cyklu wpisów „Śniadanie B-T – #FitFoodLover na mieście”. Cieszę się, że wpis cieszy się sporym zainteresowaniem wśród fanów posiłków tego typu i nie tylko 😉 . Jak wspominałam w poprzednim wpisie chciałam pokazać moim czytelnikom, że w kawiarniach/restauracjach też można w miarę zdrowo zjeść. Natomiast restauracjom uświadomić, że ludzie mają większą świadomość tego, co jedzą. Szczególnie osoby, które zwracają na to uwagę na co dzień. Odwiedziłam kilka miejsc w Krakowie i wybrałam 4 kolejne, które mają szansę zagościć na mojej FitMapie. Trzy z nich wypatrzyłam sama, a czwarte miejsce wskazały osoby, które wzięły udział w mojej ankiecie na fanpage’u – w ramach podziękowania za taką aktywność spróbowałam tam aż dwa śniadania, które opisuję poniżej. Wpis jest bogatszy o opisy wnętrza, ponieważ ważne jest miejsce, w którym mamy spożywać najważniejszy posiłek dnia 🙂 .

Moje przygotowania do tego wpisu rozpoczęły się już w listopadzie 2017 roku. Wybór padł na Forum Przestrzenie nad samą Wisłą z widokiem na Wawel i krakowski Kazimierz. Miejsce z historią, której nie omieszkam ominąć z tego względu, że miejsce w którym jemy posiłek zawsze ma swój specyficzny klimat. Klubokawiarnia mieści się w Hotelu Forum, który w latach 80-tych jako czterogwiazdkowy hotel, był jednym z najnowocześniejszych budynków. Zapewne też dumą Krakowa na tamte czasy, potem straszącym reliktem przeszłości na podmokłych terenach, aż w końcu stał się jedną z najmodniejszych miejscówek na mieście i kolebką hipsterów. Latem można tu wyłożyć się na piasku w wygodnym leżaku i wyobrazić sobie, że Wisła to Bałtyk 😉 . Forum Przestrzenie nadało mu drugie życie. Nawiązuje do historii choćby komunistyczny szyldem z napisem „recepcja” nad barem z podświetlonymi neonami. Jak sama nazwa knajpy wskazuje wskazuje – wnętrze sprawia wrażenie sporej przestrzeni. Przeszklone okna na całej długości lokalu, brak ścian, spory bar, kanapy, hokery i długi drewniany stół na środku wyglądają zachęcająco. Fajnie jest zjeść śniadanie w miejscu ze swoją historią. Przy barze można złożyć zamówienie. Śniadań jest kilka, zazwyczaj 5-6 propozycji. Cena zaczyna się od 10 zł (owsianka z pieczonymi śliwkami) – około 20 zł. Ciekawą propozycją w menu jesienno-zimowym jest Maślana Brioszka z jajecznicą, szynką, boczkiem i kwaśną śmietaną – BT; Hummus z potrawką na ciepło – V/BT; San Francisco – BT  jajo, frankfurterki, boczek, indyk a na drugie jabłko na drogę – jak piszą 😉 . Mój wybór padł na klasyka – jajecznicę na boczku. Z tego co pamiętam, dodatek można było sobie wybrać. Jednak karta zmienia się co jakiś czas i nie kojarzę innych dodatków. Śniadanie można zamówić od 10:00 do 13:00. W opcji dla Fit Freaków proponuję ominąć pieczywo/pankejksy. Jednak ci, którzy nie pogardzą chlebem mogą wybrać również opcję bezglutenowego i ciemnego – za co duży PLUS.

Kolejnym moim odkryciem na Fit Mapie Krakowa jest Wesoła Cafe przy ul. Rakowickiej 17. Miejsce z fajną atmosferą, miłym gwarem, przyjazną obsługą (która podaje do stolika zamówienie pomimo tego, że należy się obsłużyć samemu przy zamówieniu). Miejsce jest przytulne i zaraża energią innych ludzi. Na wejściu od razu wita nas obsługa zza baru, a po prawej stronie nie da się przeoczyć neonowego napisu „Lepiej pić kawę niż nie” – hasło już sztandarowego tego miejsca. Rozsiadłam się na kanapie i zamówiłam śniadanie, które spokojnie mogę nazwać „na bogato”. Serwowane jest w tygodniu od 7:00 do 12:00, a w weekend – CAŁY DZIEŃ 😀 !!! Opcje na słono, słodko, dla wegan i „nie-wegan”oraz bezglutenowców. Po moim wpisie również dla Fit Freaków 😉 . Ponadto można znaleźć tutaj dania „sugar free”, z czym się do tej pory nigdzie nie spotkałam. Domowa granola z owocami i jogurtem jest jedną z takich propozycji. Zapewne nie jest dosładzana jak wersje sklepowe! Można w karcie znaleźć także oznaczenie dla dań, które są specjalnością „s”, co upraszcza sprawę i nie trzeba „gnębić” obsługi 😉 . Wybór śniadań jest jednym z bardziej rozbudowanych jakie widziałam – od jajecznicy, omletów z domową konfiturą (jest również wersja na słono), jajach na boczku z frankfurterkami, po pudding kokosowy chia z mango (wersja wegańska i bez dodatku cukru). W menu można doszukać się informacji, że wszystkie jaja pochodzą od uśmiechniętych kur 🙂 . Ja swoim śniadaniem naprawdę sobie pojadłam. Co do pieczywa – było ono tak bogate w ziarna, że spokojnie każdy Fit Freak mógłby je wsunąć 😉 – uwaga – pierwsza kromka już wystarczająco „zapycha”. Ceny od 10-35 zł. Kawa/herbata nie jest wliczona do każdego zestawu.

Trzecią propozycją miejsca na śniadanie BT miało być Tomasza 20 na krakowskim rynku. Jednak usłyszałam od kelnerki słowa zimne jak prysznic po saunie: „Śniadania podajemy do 12:00”. Po takich słowach przechodzi ochota na cokolwiek. W jedyny mój dzień wolny tj. w niedzielę staram się nie spieszyć i często mój pierwszy posiłek jem pomiędzy 12:00 a 14:00. Zrezygnowana podążyłam przed siebie. W ten sposób całkiem przypadkiem trafiłam do nowego miejsca, którym się zachwyciłam 😀 . Jak widać #MatkaBoskaŚniadaniowa czuwa 😉 . Lokal zachęcił mnie samą nazwą Fitagain Cafe na intensywnie niebieskim tle oraz z napisem na szybie, które do mnie krzyczało – ALL DAY BREAKFAST 😀 . Po wejściu przenosimy się w bardzo ciepłe, jasne wnętrze z kolorowymi obrazami na ceglastych ścianach, które stanowią świetny kontrast do niebiesko-błękitnych firmowych kubków i filiżanek.  W środku jest gwarno, radośnie, a kelnerzy starają się obsłużyć wszystkich szybszym krokiem balansując pomiędzy stolikami. Po lewej stronie można zająć miejsce przy witrynie i obserwować przechodniów lub wybrać stolik na sali – duży rodzinny lub jeden z mniejszych przy ścianie. Na początku lub w głębi lokalu, zaraz obok witryny z winami, gdzie klimat jest bardziej intymny. Centrum dowodzenia – bar – jest mniej więcej na środku lokalu, stoją przy nim skrzynie pełne owoców. Koszt śniadania to 14,90 – 21,90 zł. Kawa/herbata nie jest wliczana w zestaw. Power śniadanie w wersji dla Fit Freaków to konkretna propozycja z jajkiem sadzonym od szczęśliwej kury, szynką parmeńską, 2 kiełbaskami, sałatką warzywną (do zestawu jeszcze wchodzą 2 pancakesy z syropem klonowym i tostem – wersja po treningowa 😉 ). Ponadto z ciekawych propozycji BT, opcja śródziemnomorska rzuciła mi się w oczy – pasta z tuńczyka i oliwek oraz jajka sadzonego, krewetki koktajlowe, oliwa oraz sałatka warzywna (jeżeli bagietkę korzenną odstawimy na bok lub poczęstujemy sąsiada obok 😉 ). Żałuję , że nie zaopatrzyłam się w niebieski kubek, w którym parzyłam pyszną korzenną Chai Latte 🙂 .

Na początku wpisu wspomniałam o miejscu wybranym w ankiecie przez moich obserwatorów. Padło na Plac Nowy 1, czyli miejsce na każdą okazję na krakowskim Kazimierzu. Cieszę się, że zostałam wysłana własnie tam, ponieważ lokal nie jest mi obcy. Wnętrze jest bardzo oryginalne i przestrzenne. Sufit sięga do drugiego piętra, z którego wiszą lampki oświetlające industrialne wnętrze. Surowe cegły i grafitowe ciężkie donice ożywia zieleń i ciepłe drewno oraz miękkie oświetlenie. Obsługa reaguje tutaj błyskawicznie i zawsze służy pomocą. Miałam okazję zjeść śniadanie z osobą towarzyszącą, więc zamówiłyśmy dwa różne śniadania dla porównania 🙂 . Ceny śniadań zaczynają się od 16 zł, a kończą przy 26 zł – w ich cenie jest kawa lub herbata. Godziny, w których są serwowane to 9:00 – 12:00. Wybór padł na dwie najciekawsze propozycje. Zazwyczaj omlet jadam na słodko, ale tym razem padło na wersję wytrawną z kozim serem i szpinakiem (wersja BT bez pieczywa, które jest i tak zbędne do omleta) oraz kokosowy pudding chia z mango (jako dobra propozycja dla wegetarian i nie tylko). Nasze wybory były bardzo celne i każda zjadła swoją porcję ze smakiem.

Jeżeli wpis był przydatny lub chcesz się podzielić swoją ulubioną miejscówką na takie śniadanie – koniecznie daj mi o tym znać 🙂 .

Moje poszukiwania idealnego fit kalendarza na 2018 rok

Zbliża się Nowy Rok, „Nowa Ja” i w związku z tym niebawem trzeba będzie wybrać nowy kalendarz na 2018 rok. Organizacja to ważna sprawa w planowaniu. Tym bardziej, jak pomiędzy pracą, prasowaniem, ogarnianiem domu i dzieci chcesz wcisnąć jeszcze swój trening. A będziesz miała ku temu świetną okazję, ponieważ coroczna akcja pod tytułem „zaczynam ćwiczyć od Nowego Roku” niebawem połączy całą Polskę ;). Chęci już są, motywacja utrzymuje się na wysokim poziomie, ale brakuje Ci jeszcze jednej niezbędnej rzeczy. Pięknego, ciągle pachnącego drukiem, nowego kalendarza, który dodatkowo będzie Cię motywował w chwilach zwątpienia, kiedy będziesz sięgać po „ostatniego” pieguska ;).

Dlatego postanowiłam ułatwić Ci wydanie pieniędzy i zrobić recenzję dwóch fit kalendarzy – Anna Lewandowska „Healthy year” 2018 oraz Ewa Chodakowska „365 dni z Ewą Chodakowską”.

„Healthy year by Ann”, wydawnictwo Burda Książki, cena: 49, 90 zł.

Kalendarz na pierwszy rzut oka wygląda obiecująco, ponieważ wielkością i grubością zbliżony jest do grubej książki. Jednak tej bez twardej okładki. Na szczęście nadrabia jakością papieru (na zewnątrz jak i od środka), precyzyjnym drukiem oraz czcionką. Ponadto w środku jest dużo kolorów oraz profesjonalnych zdjęć. Na jednej z pierwszych stron widnieją hasła: MOTYWACJA, INSPIRACJA, PASJA – czyli wszystko to, czego potrzebuje nowoczesna aktywna, wszystko-ogarniająca kobieta.

Na następnych stronach został nadrukowany całoroczny kalendarz (rozmieszczony na dwóch stronach), tekst „Nowy rok, nowe postanowienia” oraz kalendarz tygodniowy. Jego rozstaw pozostawia wiele do życzenia, ponieważ na jednej stronie mieszczą się 3 dni, a na drugiej 4 dni wraz z weekendem. Moim zdaniem, trochę za mało miejsca jak na plan dnia aktywnej kobiety. To, co przypadło mi do gustu, to „przerywniki” co kilka stron. Czyli osobne wpisy z tematyki: MOTYWACJI, PIELĘGNACJI, TRENINGU, KULINARIA-PRZEPISY i psychologia, co jest miłym zaskoczeniem, a czym Ania się nie „chwali” – przynajmniej nie są one wpisane pod żadną z wyżej wymienionych kategorii.

Teksty takie jak lista wdzięczności, którą można sobie spisać czy lista celów, uważam za bardzo przydatne. To co spisane jest przecież święte :)! A na pewno inaczej działa na naszą podświadomość. Kto mnie zna wie, że przywiązuję do tego dużą wagę.

Tym bardziej miłym zaskoczeniem jest tekst o wampirach energetycznych czy porady na jesienne wymówki. Tak, tak Kochana! To, że teraz masz „milion do motywacji” nie znaczy, że nie będzie kryzysów. Wydaje mi się, że warto przygotować się zawczasu i umieć reagować na lenia, który może Cię dopaść wraz z pierwszym śniegiem.

Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że w kalendarzu zostały zebrane i wyselekcjonowane tematy przydatne w holistycznym podejściu do zmian. Jednak hasła typu „Działaj!! Zacznij dzisiaj!”, totalnie mnie nie motywują i uważam, że są zbędne. Co nie znaczy, że na Ciebie nie będą działać. Kalendarz jest bardzo przejrzysty i zachęca do aktywnej pracy z nim. Uważam, że fajnym pomysłem, są wstawki co parę tygodni z mini grafikami czy zdjęciami Ani. Całość została przemyślana i poukładana w logiczny sposób. Kalendarz jest spory, ale bardzo poręczny i dobrze wykonany.

„Be Smart be Fit” czyli 365 dni z Ewą Chodakowską, wydawnictwo Edipresse, cena: 39,90 zł.

Kalendarz na pierwszy rzut oka wygląda przyzwoicie chociaż delikatny róż i selfie Ewy Chodakowskiej do mnie nie przemawiają. Natomiast okładka jest twarda za co spory plus! Jeżeli chodzi o liczbę stron to mam wrażenie, że jest taki sam jak „Healthy Year” A. Lewandowskiej. Jednak prawie dwa razy mniejszy :/ … Po otwarciu jakość papieru mnie lekko podłamała. Tutaj chciałam się zatrzymać i napisać, że gdybym była wierną fanką E.Chodakowskiej, to poczułabym się delikatnie mówiąc – rozczarowana. Ale idźmy dalej. Na pierwszej ze stron został nadrukowany kalendarz roczny, potem dzienny – każdy dzień na osobnej kartce, co jest dużym plusem – sporo miejsca na zapiski! Lubię to!

Dalej jest niestety troszkę gorzej… Zdjęcia Ewy rodem z Instagrama nie przemawiają do mnie kompletnie. Tym bardziej hasła motywacyjne. Co kilka stron, zostały nadrukowane trasy biegowe i Nordic Walkingowe. Jednak nie wiem po co i nie widzę w tym logiki. Jeżeli byłabym fanką Ewy to chciałabym ćwiczyć jej program/ćwiczenia, a nie chodzić po lesie z kijami. Co do biegania, to nie potrzebuję trasy biegowej. Wystarczą mi dobre buty i chęci.

Wracając do kalendarza, a raczej plannera – przepisy dietetyczne również się pojawiają. Ich atutem jest prostota oraz ilość podanych kalorii.

Mam wrażenie, że planner został przygotowany „na szybko”. Uważam, że za tą cenę mogłoby być nieco lepiej. W związku z tym mam pewne zastrzeżenia nad stosunkiem jakości do ceny.

Podsumowując – kalendarz A. Lewandowskiej zdecydowanie lepiej wypada przy plannerze E.Chodakowskiej. Niestety ten ostatni wygląda na niedopracowany i mało przemyślany. Ja jestem bardzo wymagająca co do zakupy kalendarza, dlatego z tych dwóch niestety nie wybrałabym żadnego. W rezultacie moich poszukiwań – nadal jestem bez kalendarza na 2018 rok, który w pełni zaspokoiłby moje potrzeby. Na razie zostaję przy swoim wyborze sprzed dwóch lat, czyli kalendarzu Dominiki Cudy – Sport Calendar. Jednak jestem otwarta na nowości i jeżeli Tobie wpadła jakaś ciekawa propozycja w ręce to daj mi znać. Chętnie sprawdzę :).

Visit Us On FacebookVisit Us On YoutubeVisit Us On Twitter