rodzina

Organizacja udanej imprezy rodzinnej

Jakiś czas temu organizowałam przyjecie rodzinne dla mojej Mamy, z okazji Jej urodzin. Była to wyjątkowa okazja, ponieważ Mama obchodziła 60-tkę 🙂 . Nie chciałam Jej fundować stresu związanego z całym przygotowaniem i wyprawieniem imprezy. Mimo wszystko zorganizowanie spędu rodzinnego nie należy do najprostszych zadań z kilku powodów:

  • konieczne jest przygotowanie odpowiedniego menu,
  • posprzątanie domu,
  • zagwarantowanie gościom właściwej przestrzeni,
  • stres, ponieważ chcesz wypaść jak najlepiej przed krewnymi,
  • wymaga to posprzątania przed i po,
  • nadwyrężenie domowego budżetu,
  • strata czasu podczas przygotowywania posiłków,
  • marnuje się niezjedzone jedzenie,
  • utrata energii i siły podczas żmudnych zakupów, czy wnoszeniu produktów do domu,
  • brak wystarczającej ilości miejsca w lodówce.

Przedstawiając powyższe argumenty namówiłam moją Mamę do zorganizowania takiego przyjęcia poza domem. Pierwsza reakcja była na NIE, ponieważ kojarzy się to z dużym wydatkiem. Jednak znalazłam kilka sposobów, które okazały się świetnymi argumentami i sprawdziły się w trakcie przyjęcia.

Oto kilka sprytnych sposobów, których nie zalazłam w Internecie, a okazały się zbawienne. Nie wymagały dużego nakładu czasu, marnowania pieniędzy i dużego wydatku:

  • znajdź miłą, niewielką restaurację (mój wybór padł na lokalną Trattorię z klimatem i bardzo dobrymi opiniami – Beztroskiego Pomidora. Właściciele/Managerowie w takich miejscach nie będą kręcić nosem na pewne oczekiwania, szczególnie, że tutaj chodziło o 9 osób a nie 50,
  • kuchnia musi się bronić (jedzenie to podstawa na przyjęciu, więc postaraj się jechać na degustację przed, poczytać pinie w Internecie, podpytać znajomych,
  • zwróć uwagę, czy jest parking,
  • zwróć uwagę na czystość i obsługę,
  • omów przyjęcie z odpowiednią osobą (najlepiej porozmawiać jak sobie wyobrażamy przyjęcie, jak powinny być ustawione stoły, aby wszyscy czuli się komfortowo. Ważne jest, aby taki stolik nie był na „wylocie”, czy w przeciągu. W Beztroskim Pani Właścicielka omówiła z nami bardzo dokładnie wszystko i zapytała nawet o kolor obrusu,
  • uprzedź, czy będziecie pić wino i jakie, aby obsługa mogła przygotować odpowiednie kieliszki,

  • nie rób z przyjęcia imprezy „bon ton”, niech przybranie stołu nie odstaje zbytnio od klimatu miejsca – to jego urok. Nie zgodziłam się na białe obrusy, ponieważ trattoria ma swój klimat obrusów w kratę – tak też zostało. Nie ma co robić nadmuchanej imprezy jeśli ma być rodzinnie i miło,

  • wybierz miejsce które oddaje charakter imprezy (każda impreza ma swój charakter – ważne aby go oddać),
  • dodaj pewne elementy, które nadadzą imprezie charakter przyjęcia, np. serwety – miało być rodzinnie, ale też nieco restauracyjnie i odświętnie. Serwety, wcześniejsze nakrycie stołów, czy winietki dodadzą takiego charakteru,

  • wybierz z karty kilka pozycji, których goście będą mogli spróbować (zawężyłam do 3 potraw w każdej pozycji: przystawka, 1 danie, 2 danie, deser, napoje. Weź pod uwagę to, że ktoś może nie jeść mięsa – niech jedno danie będzie bardziej fit, np. sałatka grecka),

  • wybierz z karty napoje, które goście będą mogli zamówić (da Ci to możliwość kontroli jaki i czy w ogóle dodawać do karty alkohol),

  • określ budżet jaki chcesz wydać (skrócenie karty i wybranie konkretnych dań/napojów pozwoli Ci mniej więcej określić końcową sumę rachunku),
  • bądź wcześniej i doglądnij, czy wszystko się zgadza,
  • na stole może stać już karafka wody z cytryną tak, żeby goście mogli się napić czegoś od razu jak przyjdą i spokojnie zastanowić się nad dalszym wyborem,
  • na zaproszeniach określ konkretną godzinę rozpoczęcia – możesz zasugerować koniec imprezy, np. będzie nam miło jak spędzimy ten czas wspólnie do kawy i pysznego deseru. Dajesz wyraźny sygnał, że oficjalna część właśnie wtedy będzie miała zakończenie),
  • zadbaj o to, aby gościom niczego nie zabrakło (obsługa w takich miejscach dba również o innych gości, którzy przychodzą falami. Dlatego zadbaj o to, czy goście dobrze się bawią i czy wszystko mają – zawsze możesz poprosić o pomoc Managera/Właściciela, jeśli obsługa „nie wyrabia”),
  • uprzedź, żeby był wazon z wodą w pogotowiu lub w miejscu, w którym nie będzie przeszkadzał, a goście będą się widzieć,

  • pomóż gościom się rozebrać z okryć wierzchnich w miarę sprawnie, aby mogli się przywitać z solenizantem/jubilatem,
  • zwróć uwagę, czy jest kącik dla dzieci – jeżeli to impreza rodzinna i będą na niej dzieci, warto o to zadbać oraz zapytać, czy restauracja jest w stanie zorganizować animatora.

Koniec końców warto dać sobie trochę luzu i po prostu korzystać z możliwości spędzania czasu w rodzinnym gronie. Skup się na rozmowie, wyluzuj i nie martw się, jak coś się rozleje, w końcu macie się dobrze bawić 😉 .

Za gościnę, przemiłą obsługę oraz wydrukowanie specjalnych kart (co było miłym zaskoczeniem) serdecznie dziękuję Beztroskiemu Pomidorowi – Pani Właścicielce, Managerowi i całej serdecznej ekipie.

Podsumowanie końcówki roku 2017 – część I

Gęsina, lody z oliwą, moje zajęcia z Kick Boxingu, przygotowania do Świąt, powracający temat zawodów oraz efekty moich podopiecznych – czyli Podsumowanie końcówki roku 2017 – część I.

Listopad zleciał mi tak szybko, że chwilę mi zajęło, aby zastanowić się nad tym, co się wydarzyło. 1 listopada wróciłam ze swojego mini urlopu z Anglii i przez cały tydzień żyłam jeszcze tym wyjazdem. Wróciłam pełna energii i z chęcią do pracy, której było naprawdę sporo. Co mnie bardzo cieszy, ponieważ to znaczy, że pod swoją opieką mam bardzo pracowite osoby.

Urlop uświadomił mi, że czas spędzony z rodziną i znajomymi jest bezcenny. Postanowiłam więc nadrobić moje zaległości towarzyskie i wyskoczyć z moją serdeczną znajomą (kiedyś podopieczną) na wspólną kolację do Dyni, lody z oliwą (propozycja Marii okazała się strzałem w 10!) i wspólnego drinka (dosłownie!!! – ogromny kielich z dwoma słomkami), odkrywając tym samym uroki pięknego wnętrza Le Scandale na Rynku.

Ponadto na początku listopada klarowały się u mnie sprawy Sylwestrowe. Moja siostra przyleciała ze swoją rodziną do Krakowa. Z tego względu chcieliśmy mieć już wszystko ustalone przed czasem, a nie jak zwykle u mnie bywało – na ostatnią chwilę lub opcja „spontan”. Szczególnie, że bilety do Starej Zajezdni (gdzie docelowo chciałyśmy spędzić tę noc) na imprezę rodem z gali Oscarowej sprzedały się w 2,5 tygodnia, o czym poinformował mnie manager… Trzeba było szybko zorganizować coś innego. Był to mój pierwszy Sylwester w Krakowie od niepamiętnych czasów – oprócz tego licealnego, na którym dostałam butelką w głowę i tym samym wybiłam sobie świętowanie tego dnia w mieście. Zazwyczaj wyjeżdżałam w góry, bo tam moja natura mnie ciągnie. Jednak ze względu na zaistniałą sytuację odpuściłam w tym roku i postawiłam na wystrojenie się oraz dobrą zabawę na ukochanym Kazimierzu, w towarzystwie mojej siostry. Rozważałam ofertę Le Scandale, Plac Nowy 1 oraz Barkę. Padło na Plac Nowy 1. W trakcie rozmowy z Panią Manager wynikło, że oferta jest zbliżona z zeszłoroczną, która się świetnie sprawdziła. Koszt był w wysokości 100 zł. W cenie był „welcom drink” + przystawka do wyboru: bufet sushi lub bruschetta /deska serów i wędlin. W trakcie imprezy była możliwość zamawiania dań oraz napojów ze specjalnej, skróconej karty menu, która powstała na tę okazję. Tym sposobem zamieniłam problem „gdzie iść” na „w co ja się ubiorę” 😉 . W listopadzie obiecałam sobie, że Święta również nie będą na ostatnią chwilę i prezenty oraz to, co znajdzie się na wigilijnym stole zaplanuję wcześniej. Z prezentami po części mi się udało, ponieważ faktycznie zaczęłam je już w listopadzie gromadzić. Te Święta były dla mnie bardzo wyjątkowe, ponieważ spędziliśmy je razem. Zazwyczaj moja siostra zostawała w Anglii lub rodzice do niej jechali i często były one podzielone. A Święta w Anglii to nie to samo. Brak śniegu, brak magii i widok rodzinnych obiadów w McDonaldach mnie nie zadowala. Wręcz przygnębia :/ . Jestem osobą bardzo rodzinną i żadne bańki świata nie zastąpią mi czasu z najbliższymi. Tym bardziej cieszę się, że w tym roku nie było dylematów, jak ten temat ugryźć. Wszyscy razem tu na miejscu i koniec 🙂 . Tak się tym ucieszyłam, że w pełni zaangażowałam się w organizację Wigilii. Rodzice zajęli się zakupami spożywczymi i przygotowaniem jedzeniem, a ja dekoracjami na stół.

Ponadto rozpisałam menu świąteczne, które nieco podrasowałam. Zamiast uszek do barszczu zrobiłyśmy z mamą krokieciki z kapusty w cieście francuskim, zamiast grochowej była moja zupa-krem soczewicowa oraz grzybowa z leśnych grzybów, które zebrali moi rodzice. Tradycyjnie były pierogi z kapustą i grzybami mojej mamy oraz karp – tym razem nie w całości tylko same filety. Ze słodkości – zamówiłam w sprawdzonej cukierni w Wieliczce makowca i orzechowca w cieście półfrancuskim.

Wracając do tematu listopadowych poczynań, 11 listopada w Dzień Niepodległości byłam w Zielonym do Góry na degustacji pysznej gęsiny z okazji Dnia Świętego Marcina. Menu i smaki mnie oczarowały. Szczególnie, że gęsinę jadłam pierwszy raz i polecam ją każdemu, szczególnie przez jej wartości odżywcze, o których nie będę się tutaj rozpisywać. Mięso – jak poinformował mnie sam szef kuchni – zamówione zostało specjalnie na ten dzień już wiosną. Z pyszności zamówiłam placuszki ziemniaczane z cukinią, kiszoną marchewką z gulaszem z gęsich żołądków, krupnik na gęsinie z popcornem z kaszy, pierś z gęsi ze śliwkowym chutney, kopytkami, konfiturą z czerwonej kapusty i fig.

Na deser udało mi się dorwać Rogala Świętomarcińskiego, co było nie lada wyzwaniem… Następnym razem obiecałam sobie, że pojadę do Poznania 🙂 .

Z nowych miejsc, jakie poznałam w listopadzie to Wesoła Cafe, w której powstał post porównania kalendarzy opublikowany już na mojej stronie (dotarł on do ponad 2000 osób 🙂 ). Miejsce to znajdzie się w moim kolejnym wpisie #FitFoodLover na mieście czyli śniadania białkowo-tłuszczowe na mieście. Podobnie jak Moment Resto Bar, w którym moim zdaniem wykonałam jedno z lepszych zdjęć dania.

Jeżeli chodzi o sprawy treningowe to odpuściłam zajęcia Bachaty i znalazłam zajęcia Kick Boxingu w zaprzyjaźnionej krakowskiej siłowni Power2Fit. Na ten moment bardzo mi one odpowiadają. Nie mogę sobie pozwolić na trening 5 razy w tygodniu jak dawniej. Mój styl życia i pracy nieco się zmienił, więc poszukuję zajęć i formy ruchu która mnie nie znudzi i da porządny wycisk. Te zajęcia mnie w pełni satysfakcjonują. Szczególnie, że Monika Matyjewicz – Pani trener daje porządną dawkę wiedzy, a trening pod jej okiem nie należy do łatwych (szczerze mówiąc po 20 minutach dziękuję Bogu, że trenuję tyle lat). Po drugich zajęciach usłyszałam, że mam predyspozycje do tego sportu. Nie ukrywam, że jest to motywujące i kuszące, aby sprawdzić się w tej dyscyplinie. Jednak końcówką pracowitego roku, wróciłam myślami do powrotu na scenę w kulturystyce. Jednak nie do Bikini, a do kategorii Fit Model – aktualnie ta estetyka ciała mi się bardziej podoba i nie wymagałaby to nadbudowania masy mięśniowej. Ten temat nie do końca zamknęłam i zobaczymy, co z tego wyniknie. Na ten moment wybieram trenera i na razie w tym temacie utkwiłam…

Wracając do tematu Kick Boxingu otrzymałam propozycję wyjazdu na obóz kadry w Zakopanem w styczniu. Szczerze rozważam ten wyjazd pod kątem „czy na pewno chce w to iść”. Generalnie jest to sport kontuzyjny (o czym się niestety przekonałam :/ ), jednak mój charakter sportowca i chęć rywalizacji czasem jest mocniejsza od moim obaw i zdrowego rozsądku. Jednak przez grudzień dojrzałam do tematu i będzie to jedynie moja zajawka i alternatywa siłowni. Poza tym w listopadzie obiecałam sobie głębszą medytację, przemyślenia i refleksje. Niedziele zaczęłam bardziej poświęcać dla swojej duszy. Szukam spokoju wewnętrznego, którego zaczęło mi ostatnio brakować. Temat balansu pomiędzy różnymi sferami życia jest mi nadal bliski. Polecam pracę z książką „Dobrze zaprojektowane życie”, która skłoniła mnie to takich przemyśleń. Ponadto zaczęłam zgłębiać tajniki minimalizmu oraz spisywać swoją listę wdzięczności, która pozwala mi dostrzec jak niewiele potrzeba do szczęścia i doceniać rzeczy niematerialne. Stałam się też bardziej systematyczna w zapisywaniu swoich wydatków, celów na przyszłość oraz nawyków, które chcę u siebie wyrobić lub pielęgnować. Ponadto parę miesięcy pracowaliśmy nad moim nowym logo, którego premiery nie mogę się już doczekać 🙂 . Aaaa!!! i zmieniłam kolor włosów na ciemniejszy 😉 .

Na przełomie listopada i grudnia zakończyła się kolejna edycja „Grupy Wsparcia”, której jestem autorką. Dziewczyny pracują ze mną 1 x w tygodniu i dostają niezły wycisk. Ponadto otrzymują plan żywieniowy i porady oraz motywację na kolejny tydzień. Dziewczyny pogubiły od 6 do 10 cm w obwodach. Jestem z nich mega dumna, ponieważ dają z siebie wszystko na treningach. Poniżej przedstawiam efekty, które chciałam wyróżnić.

Oprócz Grupy Wsparcia pracuję również z moimi podopiecznymi indywidualnie. Pojawiły się sylwetki, które chciałabym zamieścić w zestawieniu tych wyróżnionych. Pierwsza z nich to K. 49 lat z którym współpracujemy 3 miesiące. Nie był to łatwy „przypadek” pod kątem prowadzenia z tego względu, że cel był szczytny – poprawienie jakości mięśniowej przy podwyższonej kreatyninie (można spożywać do 2 porcji białka, produktów typu mięso, jaja, ryby). Parę dni spędziłam, aby pochylić się nad problemem. Efektem końcowym było rozpisanie 3 różnych planów żywieniowych, planu treningowego na siłowni (podzielonego na 3 różne dni) oraz treningu właściwego – 2 x w tygodniu trening pod moim okiem. Wszystko oczywiście było dostosowane do cyklu dnia K. Już po dwóch miesiącach usłyszałam, że efekty przeszły jego oczekiwania i otrzymałam piękna laurkę: Karolina to w pełni profesjonalna trenerka a zarazem dietetyczka. Trzeba wiedzieć, że nie tylko ćwiczenia ale właściwe odżywianie gwarantują sukces. Zanim spotkałem Karolinę to aby zrzucić parę kilogramów katowałem się niejedzeniem lub jedzeniem mało apetycznych ale niskokalorycznych potraw. Teraz jem do syta i to smacznie! Potrawy, które przyrządzam wg przepisów Karoliny są bardzo smaczne i proste w przyrządzaniu. Teraz wiem, że najważniejsze co się je a nie ile. Kolejna bardzo ważna rzecz: Karolina zadaje pytania, słucha i analizuje i dzięki temu mocno zagłębia się w temat a to jest bardzo ważne! A treningi? No cóż… łatwo nie jest bo trenerka jest wymagająca i ciśnie mocno:-). Coś za coś, jak się chce osiągnąć efekt trzeba się pomęczyć. A efekt? 7 kg w dół w 2 miesiące i co ważniejsze to przy takim spadku wagi wyraźny przyrost mięśni. Wróciły znów do łask odstawione ciuchy jak T-shirty czy sweterki-serki bo teraz bez brzuszka leżą zdecydowanie lepiej :-D. Polecam Karolinę szczególnie osobom które słabo wierzą w swoje możliwości. Mnie osobiście efekty w tak szybkim czasie zaskoczyły bardzo.

Niebawem kolejna część wpisu! A w niej relacja z Sylwestra w Placu Nowym 1 oraz organizowanych przeze mnie warsztatów pieczenia fit pierników, pierwsze nagrania dla Medestetis, wegańskie warsztaty w Kulinarnych Kreacjach i jak spędziłam 2 tygodnie przerwy świątecznej.

Wigilia bez uczucia ciężkości i wyrzutów sumienia

Święta to ciężki okres dla osób, które zwracają uwagę na co dzień na to, co jedzą. Na drugi dzień po „popuszczeniu pasa” odbije się to czkawką w postaci 1-2 dodatkowych kilogramów na wadze. Spokojnie – to normalne. Powrót do formy będzie łatwy, jak tylko wskoczysz na właściwie tory.

Jednak co zrobić, żeby wieczerzę wigilijną zjeść z głową? Oto kilka moich rad:

  1. Nie przejadaj się. Nałóż na talerz to, na co masz ochotę – wszystkiego po trochę.
  2. Jedz powoli. Gryź wszystko dokładnie i rób małe kęsy. Nikt Cię nie goni 😉
  3. Pij wodę lub kompot z suszek, niesłodzony. Między posiłkami staraj się nawadniać. Kalorie i tak nabijesz, więc po co dobijać? Unikaj jednak picia z jedzeniem, ponieważ to rozpuści soki trawienne.
  4. 2 godziny przed snem napij się ziołowej herbaty.
  5. Staraj się ruszać. Weź rodzinę na spacer. W dzień Wigilijny, rano zrób 20-30 minut cardio lub trening interwałowy.
  6. Nie siadaj za stołem przeposzczony. Postaraj się rano zjeść lekkie śniadanie bez węglowodanów np. śniadanie białkowo-tłuszczowe: jajecznicę na maśle klarowanym, a w ciągu dnia przegryźć coś lekkiego np. sałatkę czy jabłko.
  7. Jedz ciasto „warte grzechu” 😉
  8. Przed Wigilią wypij szklankę ciepłej wody z cytryną lub octem jabłkowym.
  9. Zamiast 10 pierogów zjedz 2-3.
  10. Alkohol? Jak już, to czerwone wytrawne wino + szklanka wody z cytryną.

Pamiętaj, że jeśli trzymasz się zdrowego jedzenia na co dzień to Wigilia tego nie zrujnuje. Wyluzuj i ciesz się czasem razem z rodziną. Wyrzuty sumienia znikną wraz z pierwszym treningiem.

Urlop w Anglii, moje pierwsze Halloween, Haul zakupowy, zdrowe przekąski do kupienia w sklepie.

Mój urlop w Anglii był wykorzystany w 100%. Wiele osób ma przeświadczenie, że to nieudany pomysł na spędzenie wolnego ze względu na „angielską pogodę”. Uważam, że jesień i zima to najlepszy czas, aby udać się właśnie tam. Oczywiście mogłyby to być ciepłe kraje, a obawiam się, że po przylocie miałabym tygodniową depresję pourlopową.  Przede wszystkim jesień na Wyspach była dla mnie „złotą polską jesienią” tylko może z mniejszą ilością kolorów liści na drzewach. Przez cały tygodniowy pobyt nie padało. Było słonecznie, a najniższa temperatura w ciągu dnia podczas mojego październikowego pobytu sięgała 15 stopni. W Polsce brakuje mi okresów przejściowych i mam wrażenie, że wiosna i jesień trwają za krótko. Przynajmniej dla mnie.

Oto w jaki sposób spędziłam czas, na co zwróciłam uwagę i gdzie byłam:

  1. Przyroda/Parki – podczas każdego wyjazdu staram się mieć jak największą styczność z przyrodą, ponieważ to mnie uspokaja i sprawia, że mogę na chwilę zwolnić. Bardzo podoba mi się pomysł weekendowych rodzinnych wypadów do parku. Ja tym razem odwiedziłam Ryton Pools Country Park w którym, było mnóstwo atrakcji dla dzieciaków ze względu na obchodzone tam Halloween. Dla mnie atrakcją, był spacer z siostrą i zatrzymanie się na dłużej w miejscach godnych uwagi oraz zabawa w parku dla dzieci :D.






2. Architektura

Oprócz natury, uwielbiam podziwiać architekturę. W ogóle zwracam uwagę na to co mnie otacza. Lubię ładne budynki. Może to być nowoczesne lub stare budownictwo, byleby wyglądem pasowały do miejsca lub oddawały jego klimat. W Anglii podobają mi się domki szeregowe z czerwonej cegły, Kościoły (to moja słabość w tym temacie jeśli chodzi o fotografię budynków), angielskie Puby i stare mury rodem z „Władcy Pierścieni”. Mogłabym patrzeć i patrzeć…



3. Halloween

Pierwszy raz miałam okazję aktywnie w nim uczestniczyć.  Generalnie chodzi o to, że dzieciaki chodzą po domach i zbierają cuksy. Dorośli te cukierki rozdają i specjalnie na tę okazję przystrajają drzwi wejściowe, a co poniektórzy nawet ogródki. Wystawiając dynię przed wejście, dają znać że można do nich bez krępacji zapukać. Cieszę się, że miała okazję wziąć w tym udział. Stroju nie miałam, ale zaszalałam z make-upem ;).



4. Zakupy/Kosmetyki/Księgarnie

Jeżeli chodzi o ciuchy, jedzenie i książki to coś co mnie pochłania na godziny. Przed wyjazdem z Polski zamarzyłam o pięknym płaszczu na jesień. Niestety tego wypatrzonego w Zarze nie zdążyłam kupić przed wylotem. Jednak los chciał, abym natrafiła na swoją musztardową miłość z New Looka. Oprócz tego stałam się właścicielką jednej szarej bluzy z Primarka (niektórzy mówią, że tam same szmatki jednak takie basic-owe rzeczy, akcesoria i skarpetki – uważam, że warto tam kupić), bordowej zamszowej czapeczki, w takim samym kolorze butów za 2 funciaki, moherowy biały sweter (na zimę to must have dla mnie), komplet bielizny o boskim kolorze i wzorze! Do dzisiaj nie umiem go nazwać – jest połączeniem musztardy i delikatnej zieleni? Wołał do mnie z ekspozycji!! Nieważne, że na nim będę nosić pewnie 5 swetrów i płaszcz w zimie. Musiałam go mięć. Najlepsze jest to, że mogłam dobrać inny rozmiar góry i dołu. Dla mnie to ważne, ponieważ figi zawsze noszę mniejsze niż góra kompletu na to wskazuje. Ba! Można było wybrać nawet inny kolor i rozmiar.


Jeżeli chodzi o kosmetyki to wstąpiłam do Lush. Marka znana przede wszystkim w Stanach. Cały asortyment to kosmetyki naturalne. Szczególną uwagę zwróciłam na maseczki do twarzy, które wyglądały rewelacyjnie.


W księgarni musiałam „obejść się smakiem”, ponieważ na pewno musiałabym dopłacić za dodatkowe kilogramy w drodze powrotnej. Jednak wypatrzyłam kilka perełek, które w Polsce dopiero miały swoją premierę. Resztę zachowam dla siebie, ponieważ być może będzie to materiał na kolejnego posta.

5. Jedzenie

Temat rzeka dla mnie… Wchodzę do sklepu – wypatruję ciekawe produkty. Najlepiej żeby były zdrowe, chyba że jest to godny grzechu cheat to co innego – wtedy pakuję od razu do koszyka ;). Ale do meritum – pobuszowałam trochę po sklepach tych większych oraz mniejszych – lokalnych. Spodobały mi się „gotowce”, które są łatwo dostępnym rozwiązaniem dla osób zapracowanych stawiających na wygodę lub dla takich jak ja po treningu. Przypomina mi to dietę pudełkową tylko można ją sobie samemu skomponować. Do wyboru były jajka na twardo ze szpinakiem, sałatki z mięsem i wersje wegetariańskie oraz wrapy. Do każdego zestawu jest sos w oddzielnym pojemniczku. Często to one mają najwięcej kalorii z całej sałatki. Jednak ich zaletą jest to, że ilość można sobie dozować, albo całkiem z nich zrezygnować.




Ponadto zwróciłam uwagę na: hummus z suszonych pomidorów, buraka i parmezanem (który był rewelacyjny jak na te ze sklepu), warzywa mix i krewetki z ryżem. Odwiedziłam również lokalny targ na którym jest dostęp do świeżych warzyw i owoców oraz ziół. Niektóre z nich jak kolendra, są tańsze niż w Polsce.





Jeżeli chodzi o jedzenie na mieście w Coventry śmiało mogę polecić Las Iguanas. Byłam tam parokrotnie i za każdym razem wychodziłam zadowolona. Warto sprawdzić to miejsce. Jedzenie jest świeże, a cenowo bardzo przystępne. We wtorki można skorzystać z promocji Taco 2 za 1. Jak widać skorzystałyśmy z siostrą :). Ja zamówiłam wersję z wołowina i śmietaną, druga porcja była z kurczakiem i avocado.



Jeżeli w jakikolwiek sposób ten post był dla Ciebie interesujący lub chcesz się podzielić swoją opinią, będę wdzięczna za komentarz.

Kiss Kiss,

Karola

Visit Us On FacebookVisit Us On YoutubeVisit Us On Twitter