Jak w 4 dni zobaczyć najpopularniejsze miejsca północnej Norwegii? Moja podróż życia.

Minęło kilka miesięcy od mojej wyprawy na północ Norwegii – i dalej nie dowierzam, że spontanicznie powiedziałam „TAK!” na – niewygodną, jak wtedy sądziłam – 8-godzinną jazdę na ciemniejszą stronę Norwegii. Miałam przeczucie, że to będzie przygoda.  W trakcie rozmowy z koleżanką zakomunikowałam, że jadę na krótkie wakacje w kierunku KristianSUND – z naciskiem na S-U-N-D, ponieważ niedaleko Oslo jest też miejscowość KristianSAND (ósme pod względem wielkości miasto oraz drugi co do wielkości port Norwegii, gdzie większość zamożnych Norweg ma domek letni do którego wyjeżdża na całe lato, pływając motorówką po najlepsze norweskie lody na drugą stronę gruntu – doświadczyłam i szczerze polecam 😉 ). Na co usłyszałam: If you are going there, you can visit Averøy and see this beautifull bridge! The Storseisundet Bridge is the longest of the eight bridges that make up the The Atlantic RoadNo i jeszcze tego samego dnia  ustaliliśmy, że Droga Atlantycka będzie na naszej liście do zobaczenia.

 

Jak to najlepiej ogarnąć?

Co zobaczyć?

Po pierwsze – Kamper.

W Norwegii jest opcja wypożyczenie kampera na takie wycieczki – i nie ma z tym problemu. Chyba, że jesteśmy w posiadaniu domka na kółkach. Inaczej teraz sobie nie wyobrażam zwiedzania Norwegii na kilka dni. Do wielu miejsc – takich jak nasza wycieczka – nie ma opcji dostać się samolotem czy autobusem. Samochód, a najlepiej kamper to jedyna opcja. Samochodem można sobie zrobić wycieczkę na 2 dni, ale jeśli jedzie się z Oslo 8 godzin na północ to szkoda nie zobaczyć tylu atrakcji, które są w tym samym rejonie.

Dzień pierwszy – turecki arbuz, brak prądu, ahoj przygodo!

Z tego względu, iż wyjechaliśmy koło godziny 14:00, zatrzymując się jeszcze na szybkie zakupu. Los chciał, aby zachciało mi się arbuza, który z koszyka szybko wylądował na półce sklepowej.

A: This is not good. I’ll show you a real watermelon!

No i pojechaliśmy, aby zakupić dobrego arbuza – na tureckim targu (dzięki temu wiem, że arbuzy sprzedawane w sklepach pochodzą w Hiszpanii w głównej mierze i mają się nijak do tego, którego kupiliśmy. Jedliśmy go dwa dni.) Po 6 godzinach i rozmowach o życiu, niczym, duchowości i tym, że zdarzenia dzieją się po coś, dotarliśmy do ciemnego miejsca pośród gór, blisko wody, pośród kamperów. Wtedy to, zaczęliśmy badać nasz nowy obiekt mieszkalny. No i okazało się, że niestety bateria nie ładowała przez całą podróż i w sumie nie mamy prądu i wody – ale są świeczki i rzeka obok, więc damy radę. Po drodze zastała nas noc, więc zatrzymaliśmy się przy drodze, aby odpocząć. Do Kristiansund mieliśmy już niedaleko, ale to zostawiliśmy na drugi dzień. O poranku kąpiel w zimnej rzece i jazda dalej.

TIP: Sprawdź czy działa – i na ile wystarcza bateria w kamperze, jak podłączyć lodówkę odpowiednio- jest na gaz, czy wszystkie kabelki działają i czy gaz dochodzi do kuchenki. Miej zapasowe świeczki, latarki, koce, czystą wodę, termos, garnki, patelnie, talerze, sztućce.

Lista zakupów: Arbuz ;), jajka, pieczywo, kawa, herbata, folia aluminiowa, talerzyki i kubeczki jednorazowe, baniaki na wodę – napełniliśmy ją czystą wodą.

Dzień drugi – najgłębszy podwodny tunel na świecie i makrele nad Drogą Atlantycką

Tak na prawdę w trakcie wyprawy doczytywałam wiadomości i chłonęłam wiadomości, które były opowiadane w trakcie jazdy. Bardzo zależało mi, aby zobaczyć Drogę Atlantycką i słynny most. Jednak nie spodziewałam się, że na trasie przejadę najgłębszym  tunelem przez Ocean Atlantycki – Atlanterhavstunnelen w ciągu drogi 64, który mierzy sobie 5.727 metrów osiągający głębokość 250 metrów p.p.m., a nachylenie spadku drogi to 10%. Przejechanie go zajmuje około 30 minut.

Wrażenia niesamowite. Szczególnie dla osób, które jak ja uwielbiają tunele – jest w nich coś magicznego – szczególności tych norweskich czasem ociosanych w skałach, pełnych głębi i tajemnicy… Jeśli chodzi o wrażeniach, to jest to bardzo podobne uczucie jak w samolocie. Jednak odczucia są dziwne mając świadomość, że tony wody znajdują się nad głową.  Trasa prowadzi pod Bremsnesfjordem i ten odcinek jest płatny, należność można uiścić gotówką lub kartą przed wjazdem (cennik).

Najbardziej widocznym  z pośród 8 mostów jest most Storseisundet czyli wisienka na torcie. Jedna z oficjalnych krajowych szlaków turystycznych w kraju. Most został opisany jako „droga donikąd” przez Daily Mail w 2011 roku. Storseisundet Bridge to most wspornikowy , który znajduje się 260 metrów  długości i o maksymalnej odprawy do morza 23 metrów.

Po znalezieniu miejsca do zaparkowania przy drodzea, wybraliśmy się na (mój pierwszy) połów makreli. Smak świeżej ryby podbij moje kubki smakowe na dobre! Pogoda się udała, a szum oceanicznych fal podbił efekt zachodzącego słońca. Niestety nad ranem tak wiało, że zebraliśmy się szybko i odpuściliśmy kąpiel w oceanie. Zamiast tego zawinęliśmy do kempingu po drodze, gdzie wzięliśmy gorący prysznic i staraliśmy się „reanimować” ładowanie z auta. W takich miejscach płaci się parę koron za prysznic. Muszę przyznać, że czystością byłam pozytywnie zaskoczona. Po dwóch godzinach ruszyliśmy dalej.

Dzień trzeci – Kristiansund – ropa, wiatr i odludzie – jak tu żyć?

Kristiansund uważa się za najstarsze zasiedlone miejsce na terenie Norwegii (trzeba przyznać, że różnego rodzaju „kolebek” Norwegia ma całkiem sporo). Naukowcy uważają, że okolice dzisiejszego miasta mogły być zamieszkane już 10 000 lat temu. Na pewno wiemy, że w czasach wikingów na tych terenach toczyły się liczne walki w ramach gry o tron między różnymi pretendentami. 

Byliśmy tam tylko przejazdem, ale ogromne wrażenie wywarły na mnie platforma naftowa. To miasteczko jest jednym z najbardziej wysuniętych na północ podwodnych złóż ropy naftowej na świecie. Zaciekawiła mnie jak w tak trudnych warunkach można pracować. Pracownicy mieszkają tam przez jakiś czas i często pracują dwa razy dziennie z przerwą na regenerację. W ten sposób pracują kilka tygodni/miesięcy, aby potem wrócić na ląd. Ciężka praca, która naraża ciało na zmęczenie psychiczne i fizyczne. Ludzie którym nie przeszkadzają warunki pogodowe, muszą się chyba tam urodzić, aby przywyknąć do specyfiki tego miejsca. Niewiele ich tam mieszka, możliwości pracy jest mało, a jeśli jest to lokalna w sklepach/kilku marketach i na…platformie. Miejsce w którym bardzo mocno wieje i da się to nieprzyjemnie odczuć. Taki oceaniczny wiatr przeszywa do kości. Zimy ponoć są bardzo ciężkie.

Droga Trolli – adrenalina na asfalcie, „zdrowaśki” po drodze i 180° zakręty.

Przeprawiliśmy się promem, aby kontynuować naszą wyprawę. Po drodze przeczytałam natknęłam się na informację:  

Nachylenie drogi wynosi 11%, składa się z 11 serpentyn, w większości zakręcających pod kątem 180°, dlatego nie mogą się po niej poruszać pojazdy dłuższe niż 12,4m. Myśmy mieli 12 m. Na początku zdecydowaliśmy odczepić kampera i wyjechać na górę. Jednak dobre myśli nie opuszczały mojego kierowcę i podjął męską decyzję. Jednak koniec końców wyskładaliśmy się na cacy, a ja dziękowałam za mocny silnik samochodu 🙂 .

Droga położona jest na południe od Åndalsnes, w gminie Rauma w Norwegii. Jest ona częścią drogi krajowej nr 63 z Åndalsnes do Valldal i dalej do popularnej wśród turystów miejscowości Geiranger. Trasa została otwarta 31 lipca 1936 roku przez króla Haakona VII, po 8 latach budowy. Stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Norwegii. Otwarta zazwyczaj od połowy maja do października. Przy Trollstigen znajduje się jedyny w Norwegii (prawdopodobnie jedyny na świecie) znak drogowy „Uwaga Trolle”. W połowie drogi znajduje się kamienny most przerzucony nad wodospadem Stigfossen. Z parkingu na szczycie można dojść piechotą na taras widokowy, z którego widać drogę i wodospad. Najwyższy punkt Trollstigen znajduje się 852 m n.p.m

Miejsce spowija mgła, a góry łączą się z chmurami. To magiczne, a zarazem nostalgiczne miejsce przypomina mi klimat Trylogii Tolkiena. Poukładane jeden na drugim kamienie to  Trolle, które pod wpływem światła zamieniają się w kamienie.

Dzień czwarty – Geiranger wieś na sklalę UNESCO – warkocze wodospadów i wiatr o zapachu Tsunami…

Geirangerfjord, albo jak kto woli fiord Geiranger, leży na trasie tak zwanego Złotego Szlaku. Ta piękna trasa, biegnąca przez górskie doliny, przełęcze i dwa fiordy, łączy Drogę Trolli z Geiranger. To żelazny punkt większości wycieczek nad fiordy. Wiele osób przybywa do Geiranger na pokładach statków, promów i wielkich oceanicznych wycieczkowców, które wpływają głęboko do fiordu. Jest to możliwe dzięki wyjątkowej głębokości fiordu, który w najgłębszych miejscach liczy aż 600-700 metrów głębokości.

 

Geirangerfjord otoczony jest przez jedne z najbardziej stromych gór na całym zachodnim wybrzeżu. Wrzyna się w nie wąskim klinem wygiętym w kształt litery „S”, aż jego stromych zboczy spływają warkocze wodospadów. Według geologów w każdej chwili może dojść do osunięcia się ściany fiordu Geiranger w Norwegii, a to może się skończyć katastrofalnym w skutkach tsunami. W najczarniejszy, scenariuszu masy ziemi upadając na dno fiordu spowodują powstanie tsunami o wysokości co najmniej 10-piętrowego wieżowca, choć niektóre symulacje wskazują, że tsunami mogłoby mieć nawet 85 metrów. Olbrzymie statki wycieczkowe, zabierające na swój pokład setki turystów, nie będą miały żadnych szans w starciu z żywiołem. Ściana wody zmyje wszystkie domki położone na urokliwych półkach fiordu, w tym największe wioski Hellesylt, Geiranger i Tafjord. Problem polega na tym, że droga ucieczki może zostać odcięta przez tsunami. Mieszkańcy są edukowani, gdzie należy się schronić, aby ujść z życiem. Dziś jedynym zamieszkanym miejscem nad fiordem jest licząca jedynie 300 mieszkańców osada Geiranger, położona na końcu fiordu. Znajdziemy tu kilka hoteli, punkt informacji turystycznej, kawiarenkę, sklepik z pamiątkami i kemping. 

To miejsce kojarzy mi się z pięknym spokojnym widokiem na taflę wody, a w tle słychać spadające w oddali wodospady. Kolejne spokojne popołudnie i kolacja ze świeżo upieczonych makrel to było piękne uwieńczenie tego dnia i całego wyjazdu.

Koniec. Pora wracać – podsumowanie.

 

Do tej pory wakacjami mojego życia był Fjord Preikestolen. Jednak do tego wyjazdu. Nie sądziłam, że wyprawa kamperem wzbudzi takie emocje, podróżując po zakątkach Norwegii. Szybko zapomina się o niedogodnościach kiedy, rozejrzymy się dookoła i docenimy możliwości jakie natura nam daje. Poranna kąpiel w rzece czy możliwość zatrzymacie się w miejscu, które będzie idealnym punktem widokowym na zachód słońca to prawdziwy luksus.

 

Wszystkie te miejsce leżą od siebie niedaleko, co sprawia że przez 4 dni zobaczyć można na prawdę sporo. Ja zapamiętam tę wyprawę jako krótkie wakacje życia – przynajmniej na ten moment.

Karola.

 

 

 

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Twój komentarz:

Twoje imię: